Actions

Work Header

To dopiero początek...

Work Text:

- Zabiję go, przysięgam! - Bond ze złością cisnął krawatem w walizkę.

Godzinę wcześniej 007 otrzymał telefon, że jeszcze tego samego dnia musi pojechać do Dublina. Nie był z tego powodu zadowolony. Obawiał się o Q, któremu do rozwiązania pozostał zaledwie tydzień. W każdej chwili dziecko mogło przyjść na świat.

- Kotku, jutro już będziesz z powrotem w Londynie. Nic się nie wydarzy przez jedną dobę – Q spokojnie leżał w łóżku, masując się po brzuchu. Ostatnie tygodnie dawały mu się w kość. Szczególnie zgaga, którą miał nawet po wodzie.

Bond zasunął walizkę i położył się obok męża i z uśmiechem obserwował jak maleństwo wypycha się przez skórę brzucha.

- I tak go zabiję. Yh. Na mnie pora – Bond pocałował Q i wstał sięgając po marynarkę. - Błagam uważaj na siebie i jak coś dzwoń.

- James, cały dzień będę dziś z Eve, więc się nie martw.

- Jak mam się nie martwić?!

- Nic nam nie będzie – powiedział Q wstając z łóżka.

- Idź już. Szybciej wyjdziesz, szybciej wrócisz.

Gdy tylko za Bondem zamknęły się drzwi, Q sięgnął po telefon i zadzwonił do Eve. Już w nocy poczuł się źle, jednak nie chciał martwić tym Jamesa. Uznał, że po prostu jego organizm zaczyna przygotowywać się do porodu i wszystko minie. Nie zamierzał użalać się nad sobą, tylko spędzić ostatnie dni jak najaktywniej. I na dziś zaplanował właśnie ostatnie zakupy.

 

 

 

 - Dobrze się czujesz? - zapytała Eve gdy tylko otworzyły się drzwi mieszkania Q. - Wyglądasz jak śmierć na chorągwi.

- Nic mi nie jest – odpowiedział Q, próbując ukryć grymas bólu.

- Co ile masz skurcze?

- Nie mam... uh... Nie mam skurczy.

- Nie denerwuj mnie nawet! Co ile?

- Co 10 minut... Nic mi nie jest. To normalne...

- Oczywiście, że to normalne bo zacząłeś rodzić, matole. Dzwoniłeś do lekarza?

- Nie...

- Gdzie masz torbę szpitalną?

- Stoi... uh... Stoi w sypialni, przy drzwiach. 

 

 

 

- Proszę się nie martwić. Wszystko jest w porządku... Maleństwo trochę nam się pospieszyło, ale myślę, że wieczorem już będzie z nami – doktor Bewa odłożył głowicę ultrasonografu i sięgnął po odczyt KTG. - Za chwilę przewieziemy pana do sali porodowej i poczekamy na bohatera dnia. Wszystko będzie dobrze – lekarz uśmiechnął się i wyszedł z gabinetu.

Q spojrzał z przerażeniem na Eve.

- Dodzwoniłaś się do Jamesa?

- Nie. Ale kazałam Bronsonowi by przekazał mu, że ma natychmiast wracać.

 

 

 

 

 - Agrrrrrrr uhhhh!!!! Zabije go! Ahhhhhhhh – Q parł z całych sił . Poród trwał już 10 godzin i nic nie zapowiadało, że rychło się skończy. Jak gdyby dziecko ciągle zmieniało zdanie co do tego czy chce się urodzić czy nie. - Zabiję! Albo nie... Aaaaaaaahhhhhgggg... Utnę mu chuja! Bożeeee!!!

- No chłopku jeszcze raz... Spokojnie... Wdech i dawaj... - położna mówiła do Q spokojnym tonem.

- Jak mam być kurwa, spokojny! Agrrrrr! Uh Uh...

- Timmie... - Eve z udawanym spokojem gładziła przyjaciela po włosach, zastanawiając się, za ile wda jej się martwica z powodu odcięcia dopływu krwi do dłoni, którą ściskał uporczywie Q. - Już ostatnia prosta. Dasz radę...

- Wdech i przyj! - położna zmieniła ton na ostrzejszy.

- Czy byłaby pani tak uprzejma i na mnie nie krzyczała?! Grrrrrrrrr uhhhhhhh!!! I gdzie jest do kurwy nędzy Bond?!

- Już widać główkę, Jeszcze raz. Wdech i....!

- Uughhhhhhhhh! Zabije! Goooo!

Po chwili w sali rozległo się kwilenie noworodka.

- To chłopiec – powiedziała położna i położyła małą, zakrwawioną i pokrytą śluzem kuleczkę na torsie Q.

- Chłopiec? Och... - Kwatermistrz westchnął i spojrzał rozczulony na swoją pociechę. Cały świat się zatrzymał. Był tylko on i jego syn.

 

 

 

 

 Bond z piskiem opon zaparkował przed wejściem do kliniki i jak oparzony wysiadł z auta.

- Eve! - dopadł do kobiety, która właśnie dopalała papierosa. - Co z Timem? Co z dzieckiem?!-Kobieta spokojnie zgasiła niedopałek i spojrzała na agenta.

- Spóźniłeś się całe 15 minut. Misja zakończona niepowodzeniem, Bond. Zjebałeś po całości.

- O czym ty mówisz?! Eve co się stało? - zapytał poważnie zaniepokojony Bond.

- Przegapiłeś pierwsze 30 sekund życia swojego syna – odpowiedziała Eve i wyciągnęła z kieszeni telefon. - Na szczęście masz mnie. Proszę...- Bond spojrzał na wyświetlacz, na którym wyświetlało się właśnie pierwsze zdjęcie jego syna. - Waga 3500g. Wzrost 57 cm. 

- Chcę ich zobaczyć! Gdzie oni są?

Bond przeklinał powolność windy. Był pewien, że szybciej wbiegłby na odpowiednie piętro. Cały aż dygotał z niecierpliwości.

- To tutaj – wskazała mu w końcu salę poporodową, w której leżał Q. Agent niepewnie uchylił drzwi i wszedł powoli do środka.

- James – szepnął słabo Q. - Nie patrz na mnie. Wyglądam jak kupa... - odwrócił głowę.

- Wyglądasz prześlicznie. Przepraszam... - Bond usiadł obok Q i pocałował go w policzek. - Przepraszam, że musiałeś być sam...

- Ciii – kwatermistrz spojrzał na męża i delikatnie pogłaskał męża po policzku. W tej samej chwili do sali weszła pielęgniarka z małym zawiniątkiem na rękach.

- Jak mniemam młody tata – zwróciła się do Bonda. - Chciałby pan potrzymać syna?

- Ja? - Bond zbladł i niepewnie wyciągnął ręce po becik. - Jest taki śliczny – szepnął.

- James...

- Tak? Jaki ma malutki nooosek... Och...

- Gdy położna położyła mi go na piersi, zaraz po tym jak się pojawił... spojrzałem na niego i już wiedziałem.

- Co wiedziałeś?

- Jak ma mieć na imię. Wiedziałem, że on nie może mieć innego imienia niż James.

- Chwileczkę. Chcesz nazwać nasze dziecko moim imieniem? James Bond Junior?

- Tak. I już zdecydowałem.

- Ok... Ale pod jednym warunkiem.

- Jakim?

- Na drugie będzie miał Timothy.

- James Timothy Bond? Hmmm... Podoba mi się.

- I tak będziemy na niego mówić zdrobniale...

- Jay...

- Jay. Witaj Jay – Bond uśmiechnął się i delikatnie pogładził dziecko po główce.