Actions

Work Header

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu

Chapter Text

Prolog

Ostatni błysk zachodzącego słońca zniknął, przesłonięty przez ciężkogranatowe, burzowe
chmury. Jeszcze przez moment zamigotał odbity w złotych dachach Domu Liwii, zabłysnął
krwawo na kolumnach Świątyni Marsa na Forum Augusta, prześliznął się po via Appia, by
zniknąć ostatecznie pod naporem ciemności. W dusznym powietrzu zapachniało ozonem, a
krążące cały dzień nad miastem ptaki lądowały na dachach domostw i w portykach świątyń,
szukając schronienia przed nadciągającą ulewą. Tragarze niosący skromnie wyglądającą lektykę,
lękliwie spoglądali w gwałtownie ciemniejące niebo i odruchowo kulili się w oczekiwaniu
na błyskawicę. Rozgniewany Jowisz bywał nieobliczalny i chociaż mieli przy sobie ochronne
gałązki wawrzynu zerwane przy wejściu do Domu Cesarskiego, uznali, że nie należy wystawiać
cierpliwości boga na próbę.
Z wnętrza lektyki dobiegło podwójne stuknięcie, które było znakiem, że należy przyspieszyć,
ruszyli więc jeszcze szybciej, schodząc w dół Vicus Tuscus, do podnóża Palatynu, gdzie stała
niezbyt reprezentacyjna willa ich pana.
Tyberiusz Klaudiusz Druzus Neron Germanik, K-k-Klaudiusz Jąkała, nazywany przez
rozpuszczonych bratanków i bratanice „biednym wujciem Klodziem”, jedyny żyjący wnuk
cesarzowej Liwii, wracał ze spotkania ze swoją babką na wpół rozbawiony, na wpół wściekły.
Dominowało w nim jednak, jak zawsze po nagłych wezwaniach z pałacu, uczucie ulgi, że i tym
razem jego głowa wciąż mocno tkwi na karku i nie zapowiada się, aby ten stan w najbliższej
przyszłości miał ulec zmianie.
Przekręcił się na drugi bok i pogłaskał wieko niewielkiej szkatułki z brązu leżącej obok na
poduszce. W środku leżały zwoje, których istnienie, jako historyk, do wczoraj jeszcze negował.
Przepowiednie Sybilli Kumańskiej należały według niego do tego samego gatunku opowieści,
co bajki o dwugłowych ludziach żyjących na ziemiach leżących za Słupami Herkulesa czy
o demonach piekieł zawierających pakty ze śmiertelnikami. Jednym słowem, Klaudiusz był
niedowiarkiem. Dlatego dzisiejsza rozmowa z Liwią tak wyprowadziła go z równowagi.
- Oszalała, ko-kompletnie oszalała… - mruczał do siebie Klaudiusz, wygodniej moszcząc
się w lektyce. Noga bolała go mocniej niż zwykle, co zwiastowało nieuchronnie deszcz, a ręce
niedługo zaczną odmawiać mu posłuszeństwa, jeżeli dżdżysta pogoda potrwa kilka dni.
Otworzył szkatułkę. Wpatrywał się w leżące przed nim, gęsto zapisane zwoje i w myślach po
raz kolejny analizował dziwną rozmowę, jaka miała miejsce ledwo przed godziną. Zupełnie nie
zwrócił uwagi na przeciągły łoskot gromu przetaczający się nad miastem.
***
Klaudiusz, ubrany w swoją najlepszą togę (nie znaczyło to, że była ona szczególnie wykwintna,
po prostu była czysta i niepocerowana), zamiast lec na sofie przy stole jadalnym, tak jak to było
w zwyczaju, usiadł delikatnie na samym jej brzegu, starając się nie potrącić stojącej obok na
postumencie cennej egipskiej wazy. Coś w jej wzorze zwróciło jego uwagę, pochylił się więc,
mrużąc swe krótkowzroczne oczy, by przyjrzeć się namalowanym hieroglifom. Rozpoznał imię
Kleopatry a tuż obok kartusz otaczał imię jego dziadka Marka Antoniusza. Bibelot stanowił
część łupu z ostatniej wojny domowej. No cóż, historie rodzinne bywają skomplikowane.
Służący niewolnicy zaczęli wnosić dania, a stojący za nim młody pokojowiec nalał złotego
wina wymieszanego z miodem tymiankowym do stojącego przed Klaudiuszem pucharu.
Najwyraźniej Liwia, mimo, że była gospodynią, nie miała zamiaru uczestniczyć w kolacji. W
głowie gościa pojawiła się myśl o truciźnie, ale po chwili zniknęła, pokonana przez smakowite
zapachy dobywające się ze stojących przed nim półmisków, a także przez znacznie rozsądniejszą
konstatację, że babka raczej nie zadawałaby sobie aż tyle trudu. Z rozkoszą sięgnął do pierwszego
podsuniętego mu półmiska. W domu cesarzowej preferowano dobrą, staroświecką i prostą
kuchnię, nie podawano pasztetu ze słowiczych języków, tylko jajka przepiórcze z kozim serem,
pieczyste z dzika w miodowo-winnym sosie, kaszę jaglaną doprawioną garum i ziołami, świeże
oliwki i dojrzałe wino. Na deser oczywiście były jabłka.
Klaudiusz jadł, nie zauważając, że na czyściutkiej do tej pory todze pojawiają się plamy z sosu, nie
zważając na tłuszcz ściekający mu po brodzie ani tłuste palce, które wycierał o szatę, zapominając,
że obok klęczy niewolnik z miską wody różanej do obmywania rąk. Najedzony odsunął od siebie
paterę z owocami i wtedy wreszcie spostrzegł, że powinien umyć ręce. Westchnął, zanurzył dłonie
w misie, a potem zerwał się gwałtownie, omal nie wywracając klęczącego przed nim chłopca,
kiedy usłyszał wypowiedziane znajomym, zimnym sopranem słowa.
- Zrób to porządnie, i pamiętaj o wytarciu brody.
Babka Liwia.
Zrobił to porządnie, wytarł się do sucha ręcznikami z egipskiego lnu i dopiero wtedy
odwrócił się, aby powitać cesarzową.
Jej widok nim wstrząsnął. Nie widzieli się od kilku miesięcy i był zaszokowany zmianą,
jaka zaszła w jej wyglądzie. Jeszcze do niedawna, mimo wieku prezentowała się godnie i
dostojnie. Autorytet i władza skupione w jednej osobie. Teraz była wręcz wychudzona, lekko
przygarbiona. Ubrana w prostą, ciemną stolę i takiż welon, nieumalowana i uczesana w zwykły
kok, nie przypominała tamtej imponującej cesarzowej. W pooranej zmarszczkami twarzy o
zapadniętych policzkach niezmienione pozostały tylko oczy. Jasnobłękitne, duże, lekko sowie i
zimne jak lód. Budziły w nim dreszcze. Odkąd pamiętał, bał się tego spojrzenia. Oceniającego,
kalkulującego. Liwia go nie lubiła. Za jego kalectwo, powłóczenie nogą, jąkanie, za niteczkę
śliny wiecznie zwisająca z kącika ust. Nie był wnukiem idealnym. Nie był prawdziwym
Klaudiuszem. Ignorowała go, poza nielicznymi wyjątkami, kiedy musiała z nim rozmawiać,
traktując go jak nieszkodliwego, acz odrażającego półgłówka. Być może temu zawdzięczał fakt,
że jeszcze żyje?
Liwia gestem nakazała Klaudiuszowi iść za sobą. Wyszli na taras, gdzie cesarzowa usiadła
na wysokim, podobnym do tronu krześle, wskazując wnukowi miejsce naprzeciwko. Młoda
niewolnica nalała z kunsztownie zdobionego dzbana pachnący, złocisty falern, dolała do niego
odrobinę wody i odeszła, zostawiając dzban na stole. Zasłony falowały jeszcze chwilę w rytmie
jej cichnących kroków, by po chwili znieruchomieć w stojącym, dusznym powietrzu. Daleko
nad horyzontem widać było ciemny wał burzowych chmur, ale odgłos bijących w morze
błyskawic nie były jeszcze słyszalny. Słońce zniżało się ku zachodowi, rozpalone upałem miasto
zdawało się dyszeć resztkami sił jak zgoniony pies.
- Słuchałeś kiedyś przemówień senatorów podczas obrad, Klaudiuszu? – pytanie Liwii
było raczej retoryczne, bo nie czekając no odpowiedź kontynuowała. - Kiedy skończą już
podlizywać się Tyberiuszowi, wychwalać jego decyzje i światłe przywództwo, z reguły wsiadają
na swojego ulubionego konika i zaczynają opowiadać o wielkości Rzymu. „Roma Eterna” – to
ich ulubiony zwrot. Wieczne miasto, wieczne imperium, wieczna władza… sądzisz, że mają
rację? Że rzeczywiście ten stan będzie trwał wiecznie?
Tym razem to było pytanie.
Klaudiusz zebrał myśli, dopił resztę wina (szkoda było marnować tak znakomity trunek) i
starając się jak najmniej jąkać, odpowiedział:
- Ja- jako hi- historyk wiem, że żadne imperium n- nie trwa wiecznie. Jako Rzymianin
wierzę, że Rzym jest nieśmiertelny.
Liwia zaśmiała się, lekko ubawiona wielce dyplomatyczną odpowiedzią wnuka.
- Gdybym ci powiedziała, że to, czy Rzym będzie istniał, niekoniecznie zawsze, ale w dającej
się przewidzieć przyszłości, w dużej części zależy od… ciebie, uwierzyłbyś?
Klaudiusz wpatrywał się w babkę siedzącą przed nim z niezbyt miłym wyrazem twarzy
i po raz pierwszy tego wieczoru zwątpił w jej zdrowe zmysły. Gorączkowo zastanawiał się,
co powiedzieć. Unikając jej wzroku, spuścił oczy i (co absurdalne) przeraził się widokiem
licznych, tłustych plam na todze.
Liwia wstała z krzesła i przechadzając się po tarasie, zaczęła spokojnie mówić.
- Kiedy po raz pierwszy zajrzałam do proroctw Sybilli, zrobiłam to z ciekawości. Oktawian
traktował je bardzo poważnie i – ku mojemu zdziwieniu – nigdy nie chciał mi ich pokazać. Nie
przejmowałam się tym, bo po prostu w nie wierzyłam. Byliśmy młodzi, wyniszczająca wojna
wreszcie się skończyła, było tyle do zrobienia... Kiedyś mój mąż, w przypływie szczerości
powiedział, że nie pokaże mi nigdy zwojów z proroctwem, bo by mi się nie spodobały i
mogłabym narobić głupstw. Oczywiście, natychmiast zapragnęłam je zobaczyć, a udało mi się
dopiero po latach. To, co przeczytałam, nie wyleczyło mnie ze sceptycyzmu. Nie wierzyłam…
ale uwierzyłam, jak to mawiał August „tak szybko, jak gotuje się szparag”.
Cesarzowa przystanęła, zawahała się i patrząc uważnie na Klaudiusza, jakby chcąc odczytać
jego myśli z wyrazu twarzy czy oczu, kontynuowała opowieść.
- Zrobiłam coś. Nie ważne co, ale zmieniło bieg wydarzeń tak, że zapisane wcześniej
proroctwo się nie spełniło. Po śmierci męża sięgnęłam do szkatułki - chciałam spalić te bzdury
i okazało się, że tekst się zmienił. I odpowiadał prawdzie. Prawdzie, o której nie wiedział nikt
poza mną. I wtedy zaczęłam się bać.
Liwia przerwała, podeszła do balustrady okalającej taras i oparłszy dłonie o gładką
marmurową poręcz, kontynuowała, patrząc na rozpościerające się przed nią miasto.
- Za kilka lat Kaligula zostanie następnym cesarzem. Rozpęta piekło. Jego panowanie
oznaczać będzie zagładę Rzymu, koniec znanego nam świata, cierpienie, chaos i śmierć. I tylko
trzy osoby - ty, chromy cesarski orzeł, ktoś, kogo przepowiednia nazywa człowiekiem pisma i
wojownik o dwóch udręczonych duszach mogą ocalić świat. Zwój w tym miejscu się kończy,
więc nie wiem czy ci się uda, czy nie. Przyszłość spoczywa w twoich rękach. Jak się z tym
czujesz, wnuku?
Klaudiusz z trudem podniósł się z krzesła - noga już mocno go bolała, strzykało go w
kościach, a w stawach czuł zbliżający się deszcz. Stanął obok wysokiej, kobiecej postaci
zapatrzonej w panoramę miasta na siedmiu wzgórzach i z niedowierzaniem potrząsnął głową.
Czuł pod palcami uspokajającą gładkość kamienia, zapach werbeny w wilgotnym powietrzu,
przyjemny ciężar posiłku w żołądku i rozpaczliwie zapragnął, żeby babka przestała mówić.
Żeby szaleństwo, które brzmiało w jej słowach, było złym snem.
***
Lektyka stanęła przed wejściem do domu Klaudiusza. Jak większość rzymskich willi i ta
nie prezentowała się światu od najlepszej strony. Długi mur i niepozorne wejście skrywały
wnętrze, które (w tym akurat przypadku) było skromne i niezbyt zasobne. Mimo pochodzenia
ze staregorodu i koligacji z domem cesarskim jego właściciel nie cieszył się ani zamożnością
ani łaskami Tyberiusza. Chociaż formalnie był głową rodu, pieczę nad majątkiem sprawowała
ciągle jego matka - Antonia i to ona decydowała o finansach, a ulubieńcem matki nie był. W
ogóle nie był niczyim ulubieńcem.
Huknął grom, a deszcz rozpadał się jeszcze mocniej. Klaudiusz ocknął się z zamyślenia,
zgarnął szkatułkę z poduszki, na której leżał, z trudem wygramolił się z lektyki wprost pod
trzymany przez dwóch niewolników wielki parasol, mający osłonić go przed deszczem i wszedł
pod swój dach.
Poszedł prosto do domowej kapliczki. Popatrzył na maski starożytnych Klaudiuszów, długi
szereg przodków służących Rzymowi i rodzinie ( w takiej właśnie kolejności) i jak zawsze
czuł się fatalnie. Był skarlałą gałęzią potężnego i świetnego rodu, nic nie wartym, kalekim
człowieczkiem. Nie znaczył nic w porównaniu z nimi – wodzami, senatorami, prawodawcami
i trybunami. Przepowiednie Sybilli kłamały.
Położył szkatułkę z brązu na ołtarzyku i wyszedł, starając się wyrzucić z pamięci ostatnie
słowa Liwii.
***
W dziecięcej, urządzonej ze smakiem i bizantyjskim przepychem sypialni, dwunastoletni
złotowłosy i błękitnooki chłopiec starannie zawinął martwego kota w kawałek płótna i
wytarł splamione krwią ręce o śnieżnobiałą tunikę. Z trudem opanował się, żeby nie oblizać
powalanych szkarłatną czerwienią palców.
Głęboko, bardzo głęboko pod wzgórzem Palatynu coś otworzyło oczy i przeciągnęło się
nieznacznie, wywołując niewielkie trzęsienie ziemi na powierzchni. Nadszedł czas. Jego czas.
***
W zaułku było ciemno i śmierdząco, jak to zwykle w bocznych uliczkach bywa. W zasadzie
to coś nawet trudno było nazwać zaułkiem. Miało z pięć metrów długości, a o szerokości nie
warto było wspominać – obramowujące go czynszówki niemal stykały się ścianami, a gdyby
po tej stronie miały okna, otwarte okiennice zahaczałyby o te z naprzeciwka. Do przejścia
nie docierało ciepło wiosennej nocy, która właśnie przeradzała się w brzask, ani sam brzask
różowiejący ponad płaskimi dachami domostw. Przemierzająca podsypiającą o tej porze
via Subura Fulwia miała podobnych miejsc - woniejących uryną, szczurzymi odchodami,
rozkładającymi się śmieciami i kwaśnym winem - powyżej dziurek od nosa. Pewnie dlatego,
że spędziła w nich sporą część życia, uczepiona tuniki matki, albo pracując na własny użytek.
Zdarzało się, że klient miał upodobanie do tarzania się w odpadkach i zatęchłej wilgoci, a ona
niekoniecznie, ale nie zawsze miała wolny wybór. Odkąd go miała, omijała podobne zaułki
szerokim łukiem. Burdel burdelem, ale tam przynajmniej było posłanie, czysta woda w misie,
niezłe wino w dzbanie, chleb, ser i śliwki na tacy i przesłonięte listewkowymi okiennicami
okno, zza którego dobiegał zapach fuksji zwieszających się z wąskich donic aż na parter.
Dlaczego więc Fulwia, drobna, ciemnowłosa i ciemnooka Syryjka w niebieskiej tunice, z
resztkami mocnego makijażu na twarzy, słusznie zmęczona po mijającej nocy w ogóle zajrzała
do przesmyku łączącego dwie czynszówki i podupadłą willę Setoniuszy? Bo usłyszała ochrypły
jęk? Nie bądźmy śmieszni, gdyby podążała za każdym usłyszanym jękiem, czy to bólu, czy
rozkoszy, zabrakłoby jej czasu na cokolwiek innego. Nie, weszła w wąską przestrzeń między
odrapanymi murami, które za dnia nie wpuszczały ni krztyny słońca, bo w zaułku błysnęło
światło, dziwnie niebieskie i jaskrawe, jakby ktoś odpalił zabarwioną magnezję. Ćmy lgną do
ognia na własną zgubę, ale Fulwia nie zdołała się oprzeć rozbłyskowi niebiańskiego światła,
a tym bardziej towarzyszącemu mu jękowi. W końcu rzadko kiedy rozbłyski jęczą ludzkim
głosem. Nim światło zgasło, pozostawiając powidoki pod powiekami, Fulwia dostrzegła sylwetkę
padającą na ziemię jak zżęty łan zboża. Mężczyzna, bo żadna kobieta nie mogła być tak wysoka
i barczysta, zamortyzował upadek wyciągniętą ręką i jęknął ponownie, bardziej z wściekłością
niż bólem. Gdyby była mądrzejsza, dziewczyna podkasałaby tunikę, odwróciła się na pięcie i
uciekła, nie oglądając się za siebie, ale i tak wszyscy uważali, że ma nie po kolei w głowie, więc
równie dobrze mogła tego dowieść. - Asztarte, miej mnie w swojej opiece – wymamrotała do
siebie, oglądając się płochliwie do tyłu - ulica była opustoszała, chociaż z pobliskiej tawerny
wciąż dochodziły piski, śmiechy i głośne nawoływania, jakby biesiadujący nie zauważyli, że
zbliża się świt - i weszła w zaułek, trzymając się ręką ścian, by nie poślizgnąć na mokrej, pokrytej
odpadkami powierzchni. Co dziwne, rozbłysk niebieskawego światła pozostawił nikły poblask
na wszystkim, czego się dotknął, łącznie z leżącym na ubitej ziemi mężczyzną. Fosforyzowały
nawet palce Fulwii, którymi przesunęła po pokrytych liszajami murze.
- Hej, ty tam, żyjesz? – spytała i mało nie ugryzła się w język. Jęczał, więc żył, prawda? Może
i było to ostatnie tchnienie, ale całkiem głośne. W odpowiedzi leżący wymruczał coś całkiem
niezrozumiałego, ale z założenia twierdzącego, więc Fulwia podeszła bliżej i przykucnęła przy
nim, starając się dojrzeć, czy jest ranny, pijany, a może jedno i drugie.
Udało mu się przetoczyć na bok i niemal usiąść, chociaż wyglądał na zamroczonego.
Brudny, pokrwawiony, nie do końca przytomny i jarzący się niknącym niebieskawym światłem
– albo był śmiertelnikiem wysłanym przez Baala, boga burzy i piorunów, albo sam był bogiem.
Musiał być bogiem. Tkanina, z której uszyto spodnią tunikę pod skórzaną kurtką i spodnie
była pociemniała od brudu i krwi, ale niezwykła w splocie i fakturze. Nawet na pół leżąc,
był wyższy, lepiej zbudowany i piękniejszy od wszystkim mężczyzn, których Fulwia do tej
pory poznała, a mimo że prawie nieletnia, miała już do czynienia z wieloma obywatelami
rzymskimi, Egipcjanami, Trakami, Galami, Germanami i Brytami. Do tego jeszcze nigdy
nie widziała tak zielonych, przenikliwych oczu. Ani takiej dziwacznej, barbarzyńskiej broni
– ostrza osadzonego w kościanej rękojeści za pomocą ścięgien, którego nie wypuścił z ręki,
choć prawie omdlewał. Ono również żarzyło się resztkami niebieskawej poświaty.
- Panie – powiedziała niepewnie, trzymając się jak najdalej od kościanej maczety i leciutko
dotykając ramienia obleczonego w doskonale wyprawioną, lecz ubrudzoną ziemią i krwią
skórę. – Kimkolwiek jesteś, widzę, że potrzebujesz pomocy…
Mężczyzna błyskawicznie chwycił Fulwię za nadgarstek, niemal miażdżąc w uścisku, już już
podnosząc drugą rękę z ostrzem, ale na jej mimowolny jęk cofnął dłoń niemal przepraszającym
gestem. Desperacja w spojrzeniu przygasła. Jakby w mgnieniu oka ocenił, że pochylająca się
nad nim drobna, niewysoka dziewczyna o kręconych włosach i sarnich oczach w niczym
mu nie zagraża, a broń chwilowo nie będzie potrzebna. Abstrahując od faktu, że z trudem
ją utrzymywał. Chociaż Fulwia o tym nie wiedziała, kręciło mu się w głowie, było gorąco i
zimno jednocześnie, a mięśnie drżały od nadmiernego wysiłku. To, co dziewczyna widziała
to odsłonięte przedramię, które zapulsowało złoto-pomarańczowym światłem, a jakiś cień
przesunął się pod poznaczoną siniakami skórą. Na ten widok odruchowo rzuciła się w tył i
usiadła pośród odpadków zaścielających zaułek.
- Dzięki ci, panie – prychnęła, czując jak oślizgłe coś wciska jej się pod podwiniętą, niebieską
jak bezchmurne niebo tunikę. – Teraz oboje jesteśmy brudni jak świnie.
Mężczyzna zapatrzył się na nią, wyraźnie usiłując zrozumieć, co powiedziała, po czym mało
przytomnie rozejrzał się po zaułku. Biorąc pod uwagę otaczające uliczkę, nie przepuszczające
światła wstającego dnia ściany czynszówek i dogasający magiczny poblask, nie wniosło to
niczego nowego. Zaciskając palce na kościanej rękojeści ostrza, rzucił coś, co zabrzmiało
wyjątkowo nieprzyzwoicie.
- Tak, wiem, nic przyjemnego – zgodziła się Fulwia, z niesmakiem strząsając z siebie
podgniłe skórki z pomarańczy. To, na czym usiadła, pachniało jeszcze mniej przyjemnie. Że
też zachciało jej się zobaczyć człowieka, który spadł z nieba w rozbłysku niebieskiego światła.
– Trzeba było znaleźć sobie lepsze miejsce na objawienie. Może jakąś miłą, małą świątynię,
panie?
- Domine? – powtórzył z wahaniem mężczyzna, wpatrując się w nią, jakby chciał odczytać
słowa z ruchu jej warg. – Libera nos, Domine.
- Och – powiedziała Fulwia ze współczuciem, uważniej mu się przyglądając, chociaż nie
dostrzegła kajdan na rękach i nogach, obręczy na szyi, ani – na szczęście – wypalonego piętna.
I nie miałby przy sobie broni, nawet tak niezwykłej. – Uwolnij nas? Jesteś zbiegiem? Nie
wiedziałam, że bogowie mają niewolników, ale mogę ci pomóc. W Suburze jest wiele miejsc,
gdzie można się ukryć.
Nie dodała, że można się w nich ukryć, ale nie na długo - prędzej czy później podczas
niespodziewanych obław w największej w mieście dzielnicy burdeli, domów gry i tawern zbiegli
niewolnicy i tak trafiali z powrotem w ręce żołnierzy, albo ginęli w ulicznych przepychankach.
Dlatego jej matka, Syryjka z Damaszku nigdy nie zaryzykowała, latami odkładając grosz do
grosza, by wykupić córce wolność, której sama nie zaznała. O ironio losu, jako wyzwolenica
Fulwia dalej pracowała w lupanarze, ale już za uczciwą zapłatę. Przynajmniej będzie miała z
czego kupić nową tunikę, jeśli z tej nie zejdą plamy.
Mężczyzna odetchnął głębiej, jakby chciał zebrać zmącone myśli i znowu powiedział coś
pospiesznie i niezrozumiale, chociaż na końcu zdania pobrzmiewało pytanie, podkreślone
ruchem uzbrojonej w kościaną broń ręki. Fulwia powiodła wzrokiem za tym gestem,
rozglądając się po zaułku. Nie wiedział, dokąd trafił? Czyżby naprawdę spadł z nieba, przysłany
na skrzydłach wiatru przez pana burz i piorunów? Wszak tej nocy nie było burzy…
- Rzym – odpowiedziała ostrożnie, podnosząc się z ziemi i otrzepując tunikę. Od zaułkowej
woni kręciło ją w nosie. – Jesteś w Rzymie, w dzielnicy rozrywki i rozpusty – chociaż rozumiem,
że chwilowo trudno to dostrzec.
- Rome – powtórzył mężczyzna i nieoczekiwanie zaśmiał się niemal histerycznie, po czym
skrzywił z bólu. Widocznie upadek z niebios nadwerężył mu żebra. Spytał o coś krótko, niemal
rozkazująco i kierowana intuicją Fulwia odpowiedziała, że od dwunastu lat lat rządzi cesarz
Tyberiusz, chociaż w jego imieniu władzę sprawuje Sejan wespół z młodym Kaligulą. Te imiona
musiały coś mu mówić, bo przetarł ręką twarz i przesłonił oczy, jakby rozbolała go głowa.
Pod skórą na odsłoniętym przedramieniu ponownie poruszył się jakiś wężowy cień. Druga
ręka zaciśnięta na oprawionym w kość ostrzu zadrżała. Mężczyznę wyraźnie trzęsło, jakby
przetaczały się po nim fale gorączki. Wciąż wyglądał, jakby ledwo trzymał się na nogach, nawet
na siedząco i Fulwia pomyślała, że jeśli go tutaj zostawi, będzie łatwym łupem dla rabusi, czy ma
coś godnego złupienia, czy też nie. Widywała już ludzi, którym podrzynano gardła za mniej niż
lichą tunikę i miedzianą błyskotkę na szyi, co dopiero za tak niecodzienny, chociaż zakrwawiony
przyodziewek i kościaną broń. A mężczyzna, mimo groźnej aury i niebezpiecznego błysku w
burzowo zielonym oku wydawał się słaby jak kociak. Czy był bogiem, zbiegłym niewolnikiem,
czy obcym zagubionym w uliczkach miasta, nie mogła go tak zostawić. Nie na pastwę losu. Nie
z tymi oczyma jak klejnoty. Asztarte kocha wojowników i kochanków – jeśli zechce, uleczy go
z pomocą Fulwii i Gemmy. Jeśli oczywiście będzie w stanie zataszczyć go do siebie.
- Możesz wstać? – spytała z nadzieją.
Ponownie wyciągnęła rękę, by dotknąć jego ramienia i tym razem jej nie odtrącił. Mimo
niewielkiego wzrostu i drobnej postury Syryjka objęła go wpół i pomogła dźwignąć się na
nogi. Liszajowaty mur za ich plecami okazał się nieocenioną pomocą. Mężczyzna chwiał się
i sprawiał wrażenie, że na podniesienie się zużył resztki sił, chociaż oczywiście nie wypuścił
broni z ręki. Buchało z niego gorąco jak od rozpalonego pieca, aż parzył przez liczne warstwy
ubrań. Fulwia podtrzymała go mocniej i zacisnęła zęby. To będzie bardzo długa i powolna
droga do domu, mimo że wynajmowała mieszkanie zaledwie przecznicę od zaułka. Jednak
nie raz zdarzało jej się taszczyć pijanych klientów z łóżka i do łóżka, da radę. I niech Asztarte
ma ją w swojej opiece, jeśli sobie coś nadweręży i nie stawi się wieczorem w burdelu. A tym
bardziej, jeśli mężczyzna, który spadł z nieba, okaże się zwykłym rabusiem i jak tylko odzyska
siły, zgwałci ją, okradnie, a na koniec poderżnie gardło kościanym ostrzem.
***
Wszystko się pochrzaniło. Nie, żeby wcześniej nie było pochrzanione, ale ostatnimi czasy
przy życiu i zdrowych zmysłach trzymała Deana nadzieja na wydostanie się z piekielnego
miejsca, gdzie wieczny półmrok był gorszy od całkowitych ciemności, a zabawa w kotka i
myszkę przerodziła się w prawdziwą sztukę przetrwania. Myślał, że przejdzie na drugą stronę
wirującego portalu jak jakaś cholerna Alicja z Krainy Czarów, przy okazji pociągając za sobą
chodzące nieszczęście w prochowcu i nawróconego wampira miłującego ludzkość, po czym
napije się, naje, weźmie gorący prysznic i zrzuci ciuchy, które przez rok nieco mu zbrzydły, a
przede wszystkim odnajdzie Sama – przecież brat musiał być gdzieś tam w wielkim świecie, do
diaska! Zamiast tego Cas w ostatniej chwili postanowił robić za męczennika, Benny dosłownie
utkwił mu pod skórą, a on sam wylądował w starożytnym Rzymie za czasów Kaliguli. Jakim
cudem? Za jakie grzechy? Mało było mu wycieczek po Piekle i Czyśćcu? I dlaczego akurat za
Kaliguli, o którym wiedział tylko tyle, co zapamiętał z pornograficznego dzieła z Malcolmem
McDowellem – nic specjalnie przyzwoitego, ani pokrzepiającego.
Łacina! Mógł się bardziej przykładać do wykuwania na blachę egzorcyzmów i zaklęć,
bo chwilowo piąte przez dziesiąte rozumiał, co mówiła do niego śliczniutka, młodziutka,
ciemnooka i ciemnowłosa dziewczyna, która wyciągnęła go z tamtego śmierdzącego zaułka,
jako żywo córa Koryntu, czy jak to inaczej nazwać, by jej nie urazić. Z tego co pamiętał, damy
do towarzystwa nie lubiły być nazywane wprost.
I jeszcze to niebieskie światło przy przejściu, kurde blade. Jakby udawał Terminatora.
Tylko że tamten po wszystkim się nie trząsł, nie kręciło mu się w głowie i nie spalała go jakaś
cholerna gorączka. Dlaczego musiał być słaby jak niemowlę i zdany na łaskę dziewuszki, która
na zmianę traktowała go jako wcielenie boskości i kulę u nogi? Infekcja po jakimś czyśćcowym
ugryzieniu, cięciu, zadrapaniu? Efekt przenosin w czasie, tfu, na psa urok? Molekuły mu się
rozsypywały?
Cokolwiek to było, wciąż chciało mu się pić, było gorąco niczym w łaźni parowej i był
prawdziwie wdzięczny losowi, że klitka, do której go zatargała Fulwia, oprócz posłania, skrzyni
na ubrania, wiadra i mis do mycia miała tylko jedno wąskie okno, przez które nie wpadało za
dużo światła, inaczej spaliłby się na popiół jak, nie przymierzając, wampir. Może to wpływ
Benny’ego, ha, ha, ha. A może fakt, że od ponad roku nie widział słońca, jego wschodów,
zachodów i południ, deszczu, zwykłych ludzkich twarzy (bez urazy, Latiffe), domostw i ulic
- niczego prócz skąpanych w półmroku drzew i zarośli, pełnych bestii, które chciały go zjeść
jednym kłapnięciem, albo rozszarpać na kawałki bardziej poręczne do przełykania. Chociaż
trzeba przyznać, że z czasem bestie zaczęły uciekać, kiedy tylko pojawiał się w zasięgu wzroku.
I słusznie. Tym bardziej, że stanowili z Bennym niezły tandem. A później z Castielem niezłe
trio, które co prawda, doprowadzało go do białej gorączki, ale zapewniało przyjemne poczucie
bezpieczeństwa.
***
Mężczyzna rzucał się na posłaniu jak ryba wyjęta z wody, gorączkując, mamrocząc do siebie
i wołając o picie we wszystkich językach, jakie udało mu się przypomnieć. Przejęta Fulwia,
która ledwo zatargała go na trzecie piętro czynszówki – a schody były wąskie niczym drabina
- poiła rozcieńczonym winem i karmiła tym, co miała pod ręką, czyli czymś w rodzaju polewki
zbożowej, niedobrej jak diabli, ale po diecie czyśćcowej smakującej niebiańsko, plus kozim
serem, oliwkami, daktylami i soczystymi gruszkami.
Mimo osłabienia i półprzytomnego wejrzenia mężczyzna, który spadł z Nieba, jadł w takim
tempie i tak nieopanowanie, że dziewczyna patrzyła na niego z przerażeniem, niemal pewna,
że kiedy zje wszystko, co mu podała, przejdzie do pożerania jej żywcem niczym ludożerny
cyklop. Na szczęście nic takiego się nie zdarzyło, tym bardziej, że pospiesznie pochłonięte
jedzenie zbyt długo nie utrzymało się w żołądku zielonookiego. Fulwia miała co sprzątać,
nim raz jeszcze spróbowała go nakarmić – tym razem wolniej i malutkimi kęsami, czemu
– osłabiony po rewolcie żołądkowej – poddał się bez protestu.
Wcześniej, mimo pewnego oporu odebrała mu oprawione w kość ostrze, kładąc obok
posłania – tuż na wyciągnięcie ręki, ściągnęła dziwaczny przyodziewek, obmyła szmatkami
umoczonymi w wodzie (a po wodę musiała schodzić aż na parter), pokręciła głową nad
wychudzeniem, jak i ukazującym się jej oczom licznym szramom, bliznom i otwartym ranom
i opatrzyła jak potrafiła najlepiej, stosując rzymskie panaceum na wszystko, czyli miód z
tymiankiem. Ponadto wmusiła w niego parę łyków nalewki na bursztynie oraz kolejny kubek
wina. W końcu Dean sam już nie wiedział czy jest rozgorączkowany i w malignie, czy też pijany.
W każdym razie pokój wirował mu przed oczami, więc w końcu poddał się i odpłynął w niebyt,
niepomny na twardość posłania i szorstkość wełnianego koca, którym okryła go dziewczyna,
jak i palące promienie słońca, które jednak przedostały się przez osłonięte płótnem okno i
kładły się na kamiennej podłodze szerokimi pasami.
Fulwia przeprała własną tunikę, zbrukaną przez taplanie się w zaułku, wylała przez okno
brudną wodę, napiła się resztek wina, przegryzając kilkoma ocalałymi oliwkami z ciemnym
chlebem i usiadła pod ścianą na plecionej macie, usiłując zebrać myśli. Nie spała przez całą
noc, więc zmęczenie wzięło nad nią górę, tym bardziej, że adrenalina po nocnym spotkaniu
wreszcie odpuściła. Powinna sprowadzić Gemmę, by przyjrzała się nieznajomemu. Może
była westalka będzie mogła mu pomóc, kimkolwiek był i ktokolwiek go nie przysłał. Baal,
Asztarte, Janus, Mars, Westa - bogowie byli tacy nieobliczalni. Niezrozumiali. Prawie jak
mowa mężczyzny o nieprawdopodobnie zielonych oczach, który wyglądał jakby stoczył walkę
z legionem rzymskim, do tego niemal bez broni, jedynie kopiąc, gryząc i drapiąc. Tak, bogowie
byli dziwni. Z tą mało odkrywczą myślą Fulwia zasnęła jak zmęczony brykaniem szczeniak,
skulona na macie obok skrzyni z ubraniami i postawionymi na niej glinianymi miseczkami
i kubkami – nie licząc kilkuset sestercji w sakiewce oraz kolczyków i naszyjnika z granatów,
całego jej dobytku.
***
Stara Gemma mieszkała na dachu czynszówki w czymś w rodzaju namiotu rozpiętego na
krzywym rusztowaniu – było to lokum nad wyraz przewiewne i nie do końca chroniło przed
mocniejszymi deszczami czy zimowymi chłodami, ale kobieta za nic nie zamieszkałaby niżej,
pod dachem. Trzęsła się nawet wtedy, kiedy przechodziła ciemnymi, wąskimi korytarzami
czynszówki i po jej stromych schodkach, im wyżej – tym bardziej przypominających drabinę.
Fulwia z trudem namówiła ją, by zajrzała do jej mieszkania i zajęła się wciąż gorączkującym
mężczyzną, który spadł z Nieba.
Może Gemma była stara, zdziwaczała i jak wszyscy uważali - na wpół szalona, ale na
tajemniczych chorobach i klątwach boskich znała się jak nikt. To u niej biedacy kupowali
leki, maści, mazidła, nalewki i amulety, poustawiane i porozwieszane po całym namiocie
niczym ofiarne wota. Przez całe dnie i noce Gemma zbierała zioła, suszyła je i warzyła na
maleńkim piecyku, skręcała znaki ochronne z rzemyków, wstążek i drobnych kosteczek,
rzeźbiła dziwaczne znaki w kości i malowała ochrą drewniane tabliczki, a później sprzedawała
to wszystko na rogu Argiletum i via Subura. Czasami zapominała nawet o jedzeniu, myciu czy
spaniu, zbyt pochłonięta boskimi nakazami, chociaż nie mogła się zdecydować, czy przemawia
do niej Westa, Asztarte, a może egipska Maat.
Jednakże dla młodziutkiej Syryjki Gemma zrobiłaby wszystko – nawet na moment
zapomniała o boskim posłannictwie, zjadła trochę ulubionej polewki zbożowej, przebrała się,
czy zajrzała do ciemnego, ciasnego pokoju czynszówki. Wiele lat żebrała na ulicach Subury,
nim Fulwia zaczęła ją dokarmiać i oswajać jak dzikie zwierzę, widząc w nieszczęśliwej, starej
kobiecie, która mamrotała do siebie, wygrzewała się na słońcu jak jaszczurka i zawsze musiała
mieć otwarte niebo nad głową, odbicie własnej matki. Nie, żeby Apamea miała możliwość,
by się zestarzeć – zmarła wkrótce po wykupieniu córki, ale pod koniec życia zachowywała
się bardzo podobnie, trawiona chorobą, na którą często zapadały córy Koryntu, zwłaszcza te,
o które właściciel nie dbał, gdy stawały się coraz starsze i mniej ponętne. Fulwia opiekowała
się matką, a później w pewnym sensie Gemmą – szaleństwo tej drugiej całkiem nie ustąpiło,
ale trzymała się w karbach, mieszkając na dachu czynszówki niczym ptak w gnieździe. Dzięki
dziewczynie miała co zjeść, co na siebie włożyć i z czego przyrządzać mikstury i klecić amulety.
Wyglądało na to, że Fulwia po prostu musiała się kimś opiekować, czego dowód leżał właśnie
na jej własnym posłaniu, gdzie gorączkował i pił rozcieńczone wino jak gąbka, rozmawiając
sam ze sobą w dziwacznym języku.
Wprowadzając do pokoju trzęsącą się Gemmę, Fulwia z odrobiną czarnego humoru
pomyślała, że przynajmniej tych dwoje powinno się ze sobą dogadać, jako że i on i ona mówili
od rzeczy. Stara kobieta zawisła nad mężczyzną jak sęp, przyglądając mu się bacznie, dotykając,
badając, sprawdzając, nim odskoczyła nerwowo, kiedy tylko otworzył nieprawdopodobnie
zielone oczy i wbił w nią rozgorączkowany wzrok.
- Nie ma go tutaj, nie ma, ale nie ma go i tam – wymamrotała, mnąc w palcach wystrzępiony
skraj tuniki. Nie brzmiało to zachęcająco.
- Gemmo, wiem, że trudno ci się skupić, ale on tutaj jest, jak najbardziej – wytknęła Fulwia,
delikatnie popychając kobietę z powrotem w stronę posłania. Plamy światła padające od
przesłoniętego płótnem okna padały na spoconą, bladą i usianą piegami skórę mężczyzny.
Jedynie twarz miał zaczerwienioną, jakby cała gorączka skupiła się w jednym miejscu. Znowu
miał zamknięte oczy - pod przymkniętymi powiekami śmigały z lewa na prawo, jakby śniło
mu się coś złego. Miał także spękane wargi i cienie sięgające wystających kości policzkowych.
Przydałby się lód do ochłodzenia.
- Nie i nie jest stąd – gwałtownie sprzeciwiła się Gemma, opierając się przed kolejnym
krokiem i kładąc Fulwii palec na ustach. – Nie jest człowiekiem, ani bogiem, ani duchem, ani
zwierzęciem, ani ptakiem…
- Jest człowiekiem z krwi i kości – westchnęła Fulwia, mimo palca pieczętującego jej wargi.
– Widzisz przecież, że go opatrzyłam.
- Czym? – Gemma spojrzała na dziewczynę przytomniej i cofnęła rękę, automatycznie
zaczynając skubać skraj burej tuniki i wyciągając z niej pojedyncze nitki. – Miodem?
- Tak, tak jak mnie uczyłaś – przytaknęła Syryjka, zauważając z troską, że w czasie, gdy
poszła po Gemmę, gorączkujący mężczyzna zdołał zerwać z siebie część opatrunków. Jeśli
dalej będzie się tak rzucał na posłaniu, trzeba go będzie związać dla jego własnego dobra.
- Tu trzeba by miodu z pajęczyną i octem – zarządziła stara kobieta, prostując się na
całą, niewielką wysokość. Ukryte w siateczce zmarszczek oczy zwęziła w wąskie szparki,
zastanawiając się, co jeszcze możnaby zastosować na blizny, ledwo co zagojone rany i wysoką
gorączkę. – I zrobię napar z maku i czarnego lulka, przestanie się tak trzepotać ten twój ptak
nie ptak.
- Dobrze – zgodziła się Fulwia z ulgą. Wiedziała, że Gemma jej pomoże, mimo mamrotania
pod nosem, uciekających myśli i niechęci do przebywania w ciasnych pomieszczeniach.
– A jak tylko ugotuję polewkę, przyniosę ci trochę, bo pewnie jeszcze nic dzisiaj nie
jadłaś.
Jak wywołany do odpowiedzi leżący na zmiętym posłaniu mężczyzna westchnął i poruszył
się niespokojnie, zrzucając cienki, wełniany koc, którym go przykryła przed wyjściem. Był
wychudzony jakby ostatnio żywił się tylko korzonkami i trawą, albo co najwyżej pił boską
ambrozję. Mocno rozcieńczoną. Nic dziwnego, że nie miał siły walczyć z gorączką. Jemu także
przyda się polewka, jeśli zdoła ją przełknąć.
- Jadłam – zaprotestowała stara kobieta, obronnie wydymając blade wargi i wciąż skubiąc
nitki z tuniki. – Kroplę rosy, pyłek kwiatu, promień słońca, przyniesione na skrzydłach wiatru
z północy. Jak twój ptak nie-ptak z innego świata. Ich jest dwóch, wiesz?
- Tak, tak - zgodziła się nieuważnie dziewczyna, wpatrzona w nieznajomego, jak gdyby
samo spojrzenie mogło coś zdziałać i zmniejszyć spalającą go gorączkę. – Ale miód z pajęczyną
pomoże?
- Rany się zagoją, gorączka ustąpi, wydobrzeje – niemal śpiewnie potwierdziła Gemma,
puszczając skraj tuniki, ale w zamian ciaśniej otulając się szalem, jak gdyby zrobiło jej się zimno
w rozgrzanym pokoju. Przypomniało jej się, że nie lubi zamkniętych, ciemnawych pomieszczeń.
– Choć nie jest stąd i nie jest stamtąd, nie jest sam i nie z kimś, jak nowo narodzony.
- Ha, na nowo narodzonego to on mi nie wygląda – uśmiechnęła się Fulwia, puszczając
mimo uszu resztę słów starej zielarki. Nie jest stąd i nie jest stamtąd, nie jest sam i nie z kimś.
Naprawdę? W każdym razie rankiem zdążyła obejrzeć mężczyznę w całej krasie i nie licząc
siniaków, blizn i niezagojonych ran był blady, wychudzony i żylasty, ale wciąż zbudowany jak
młody bóg.
- Jest starszy niż nasz świat, a jednak w pełni sił, jest ich dwóch, a jednak jeden, jest… -
ciągnęła kobieta, zapatrzona w przesłonięte płótnem okno, wypatrując znaków od bogów.
- Gemma, błagam – westchnęła z pewnym zniecierpliwieniem Fulwia, przegarniając
skręcające się w sprężynki, ciemne włosy. – Daj mi tylko miód z pajęczyną i przygotuj napar
na sen, a jakoś sobie poradzę. Później przyniosę ci pysznej polewki i świeże daktyle, takie, jakie
lubisz. O, poczęstuj się.
Miała nadzieję, że daktyle zajmą czymś Gemmę, by zapomniała o mamrotaniu i strachu
przed zamkniętym pokojem - a przynajmniej zapchają jej usta. Chciała ją poprosić, by w nocy,
kiedy ona pójdzie do burdelu Marcusa, starsza kobieta posiedziała przy mężczyźnie. Fulwia
nie mogła pozwolić sobie na opuszczenie choćby jednego dnia. Nie, kiedy prócz Gemmy
na utrzymanie doszedł jej jeszcze ten, który spadł z Nieba, chwilowo rozgorączkowany i
wyschnięty jak krzewy na pustyni, a większość klientów płaciła po 2 asy albo wypłacała się
spintriami – żetonami, które później ciężko było wymienić na zwykłe monety.
Mężczyzna westchnął ponownie, szukając czegoś ręką – dziewczyna mogła się założyć, że
dziwacznego ostrza, osadzonego w kości, które ukryła w skrzyni na ubrania. Dziwny cień na
przedramieniu, tuż pod skórą rozbłysnął przerażającym, pomarańczowym światłem, by po
chwili schować się głębiej. Przed wyjściem Fulwia owinęła rękę skrawkiem materiału, bo bała
się na nią patrzeć, ale blask prześwitywał przez płótno.
- Westa go zesłała – oznajmiła z przekonaniem stara kobieta, wpatrzona w lśniące,
przesuwające się pod skórą, wężowe znamię, pospiesznie przełykając ostatniego daktyla. –
Westa go prowadzi.
- Chyba nie jest dziewicą – burknęła Fulwia, a Gemma momentalnie skarciła ją spojrzeniem,
co nie powstrzymało jej przed kolejnymi słowami. – Ja na pewno nią nie jestem, żebym miała
się opiekować posłańcem Westy – jak chciał, mógł się objawić westalkom w Atrium Vestae.
Zielarka wzdrygnęła się zauważalnie i jeszcze szczelniej otuliła wystrzępionym szalem.
- Nie mów tak – szepnęła bojaźliwie, splatając dłonie i mnąc w palcach pozaciąganą, pełną
supełków wełnę. – Spadnie na nas pożoga i nieszczęście, ciemność i chaos, krew i cień. Byłam w
grobie i wiem. Wrócą ci, których odtrąciliśmy i jedynie Westa można nas przed tym uchronić.
Westa i jej posłaniec.
Fulwia przewróciła oczyma. Nie przepadała za chwilami, kiedy Gemma prorokowała, tym
bardziej, że były to proroctwa mroczne, nieskładne i szalone. Zdecydowanie wolała, kiedy była
nieszkodliwie mamroczącą do siebie staruszką, warzącą swoje eliksiry, wystawiającą twarz do
słońca, cieszącą się z każdego słonecznego promienia i zajadającą daktyle.
- W takim razie miło, że mój mężczyzna, który spadł z Nieba, ocali nas przed pożogą,
nieszczęściem i co tam jeszcze mówiłaś – zauważyła, z niepokojem dostrzegając, że wzmiankowany
ponownie otworzył oczy, ale spojrzenie ma nieprzytomne i szkliste. Cholerna gorączka.
– Jak przeżyje, więc może chodźmy po ten twój napar z maku i miód z pajęczyną.
- On ocali nas, oni ocalą nas, my ocalejemy – zamruczała Gemma, rzucając leżącemu ostatnie
spojrzenie i z ulgą kierując się do drewnianych, wypaczonych drzwi. Jeszcze chwila, a poczuje
na twarzy promienie słońca i podmuchy wiosennego wiatru. – Ale tobie przyniesie zgubę.
Młodziutka Syryjka pomyślała, że ma dosyć przepowiedni jak na jeden dzień, a Gemma
powinna mniej przebywać na palącym słońcu – szaleństwo szaleństwem, ale udar słoneczny
potrafi dołożyć swoje.