Actions

Work Header

Sport to zdrowie

Work Text:

Q niecierpliwie spoglądał na zegarek. Dochodziła 5 rano a on nie spał od dobrych 40 minut. Raz po raz spoglądał na Bonda, których smacznie pochrapywał obok. Q usiadł i założył ręce na piersi. Wybitnie mu się nudziło. Od kiedy tylko zaczął się drugi trymestr dosłownie roznosiła go energia. Ciągle czuł się pobudzony i musiał coś robić. Bezczynność go irytowała, szczególnie, że James kategorycznie zabronił mu chodzić do pracy.

Początkowo, całymi dniami kwatermistrz snuł się po mieszkaniu przestawiając szpargały z jednego miejsca na drugie, czytając i od czasu do czasu podglądając co dzieje się w kwaterze. - James – syknął lekko szturchając agenta w bok. - James, śpisz? James... -Zaspany agent popatrzył spod przymrużonych, zaspanych oczu na męża.

- Cco się stało?

- Nudzi mi się – kwatermistrz zrobił żałosną minę.

- I dlatego mnie budzisz? Wystraszyłem się, że coś się stało – Bond przetarł oczy i spojrzał na zegarek. - Na litość boską jest 5 rano! - Agent usiadł i ukrył twarz w dłoniach. Kwatermistrz przytulił się do jego ramienia.

- Przepraszam – szepnął i pocałował rozgrzaną skórę agenta. - Skoro nie śpimy... to może... - kwatermistrz delikatnie wsunął dłoń w bokserki agenta, zagryzając figlarnie wargę.

- Jesteś nie możliwy, oszaleję przez ciebie... - mruknął 007 całując Q i delikatnie przewracając go na poduszkę.

 

Tego dnia Bond nie miał za wiele do roboty w kwaterze. Od kiedy podzielili się radosną nowiną o małym Bondzie, M oszczędzał nie tylko Q ale i Bonda sadzając go za biurkiem. Nie było to rozwiązanie, z którego cieszył się agent, ale z drugiej strony był spokojniejszy o kwatermistrza mając go na oku. Wrócił więc do mieszkania, zahaczając po drodze o sklep by uzupełnić zapas karmelowych lodów, które Q pochłaniał w hektolitrach. A mimo to, że obżerał się bez opamiętania waga stała w miejscu a ciążowy brzuszek miał ledwie zarysowany.

- Kotku... już jestem – Bond wszedł do mieszkania i odłożył zakupy na stół.

- Nie ściągaj kurtki bo wychodzimy – odpowiedział Q, wchodząc do kuchni. Na ramieniu taszczył sportową torbę, którą następnie rzucił pod nogi agenta.

- Wychodzimy gdzie?

- Zapisałem nas na zajęcia z jogi. Są prowadzone w szkole rodzenia.

- O nie! Nie ma mowy, nie będę tam chodził.-Q zmrużył oczy i zacisnął usta w cienką kreskę.

- Doprawdy? - syknął. - Ok. Proszę bardzo. Pójdę tam sam. Nie ma sprawy. Pomijam fakt, że leje jak z cebra, a ta torba jest ciężka jak cholera. Ale nie przejmuj się dam sobie radę. Dojadę tam autobusem a potem metrem. O tej porze dnia jest taki wspaniały tłok. Dam sobie radę, przecież jestem TYLKO W CIĄŻY! Serio, James nie przejmuj się mną. Nic mi nie będzie.

- Dawaj tę torbę! - mruknął Bond i wyszedł z mieszkania. Kwatermistrz uśmiechnął się tryumfalnie.

 

Przez całą drogę do centrum sportowego, Bond nie odezwał się do Q ani słowem. Był zły i ostatnie na co miał ochotę to wypinać tyłek na macie. Zdecydowanie wolałby poleżeć sobie na kanapie z gazetą. Akurat tego dnia chciał robić nic. Jednak jak zwykle Q miał inne plany.

Oprócz nich na zajęcia czekało jeszcze pięć par, w tym dwie jednopłciowe, co bardzo uspokoiło i Q i Bonda. Jednak mimo to wszyscy patrzyli na nich. Nie często zdarzał się, tak umięśniony i wysportowany uczestnik zajęć jak Bond. Muskulatura, wypracowana przez lata w wojsku a potem w służbach specjalnych, bezczelnie rysowała się pod obcisłą koszulką.

- Mniejszej koszulki już nie mogłeś mi spakować? - syknął do ucha Q, który skwitował to tylko uśmiechem. Lubił patrzeć na zazdrość w oczach innych kobiet i mężczyzn. Świadomość, że ta blond kupa mięśni, nazywana Bondem, należy tylko do niego, niesamowicie dowartościowywało go. Zajęcia prowadziła młoda hinduska, tak drobna, że Bond miał wrażenie, że mógłby ją objąć jedną dłonią.

- Witam serdecznie. Mam na imię Asmita i jestem instruktorką jogi. Bardzo proszę zając miejsca na matach. Dzisiaj poćwiczymy oddechy ale najpierw prosiłabym abyście wypisali państwo swoje imiona na tych karteczkach i przypięli je do koszulek. Bond i Q zajęli swoje miejsce między parą lesbijek a drugą parą gejów, którzy cały czas pożądliwie spoglądali na Q, doprowadzając tym Bonda do szału.

Szczególnie miał ochotę zapoznać swoją pięść z twarzą, tego który wyglądał jak Wentworth Miller, bo ten śmiał zagadać do nich.

- Cześć, jestem Ian, a to mój mąż Jacob – powiedział klon Millera wyciągając w stronę Bonda rękę.

- James – powiedział chłodno Bond.

- Tim – odpowiedział wesoło Q.

- Który tydzień? - zapytał Jacob

- Czternasty– odpowiedział z dumą Q

- U nas dopiero dziewiąty.

Dalsze rozmowy przerwał głos instruktorki, która rozpoczęła zajęcia. Półtorej godziny później Bond i Q siedzieli już w Astonie Bonda i jechali do domu. Cała niechęć do tych zajęć całkowicie opuściła agenta. Bliskość i skupienie strasznie mu się podobało. A poza tym, Q najseksowniej wyglądał w rozciągniętym podkoszulku i dresie. I nawet nowy znajomy nie zawracał mu głowy. W przerwie Bond swoimi sposobami przelustrował dokładnie obu panów i stwierdził, że agent ubezpieczeniowy i kucharz za nic w świecie mu nie zagrażają. Problemem były jednak te wszystkie matki, które rozbierały go wzrokiem. Jednak Bond powtarzał sobie, że to tylko pięć miesięcy i wytrzyma. Dla Q i dla Fasolka. Przecież to tylko kobiety z rozchwianą gospodarką hormonalną.