Actions

Work Header

Jemioła

Chapter Text

- Conallu, zdejmij kilt – zażądała Alexia, patrząc krytycznie na swojego męża.
Lord Maccon zaśmiał się.
- Sama to zrobisz po kolacji, kochana. Trochę cierpliwości.
Alexia zacisnęła wargi, wyraźnie zirytowana tym brakiem zrozumienia ze strony małżonka.
- Nie o to mi chodzi. Natychmiast zdejmij kilt. Przyjeżdżają Channing i Prudence, a ja naprawdę nie zniosę, że mąż mojej córki umie się ubrać lepiej niż mój własny.
Wilkołak zazgrzytał zębami.
- To bardzo ładny kilt.
- Ale wciąż kilt. Ubierz się jak człowiek, albo do końca roku śpisz sam.

Po bólach, mękach i jękach oraz interwencji ze strony Biffy'ego, Lord Maccon wyglądał na tyle zadowalająco by nie prezentować się przy swoim zięciu jak szkocki chłop. Alexia uznała to za dowód znacznego postępu swoich zdolności negocjatorskich. - Mamooo!- Prudence rzuciła się matce na szyje i pocałowała ją w oba policzki.
- Witaj, kochana. Wspaniała sukienka.
- Prezent od Lorda Akeldamy. – odparła tamta. – Właśnie od niego wracamy.
- Och, mam nadzieję, że wpadnie jutro na Wigilię.
- Z pewnością, już go zaprosiłam.
Tymczasem obok trwał milczący pojedynek na spojrzenia.
- Tato… - zaczął Channing, mając duszę na ramieniu.
- Nie pozwalaj sobie, Channing – warknął Conall.
- Przepraszam, milordzie.
- Tatooo…
- Chłopcy, ile wy macie lat?
Obaj panowie zmięli w ustach przekleństwa i uścisnęli sobie dłonie. Przy czym Lord Maccon uścisnął Channingową dłoń na tyle mocno by doprowadzić palce do stanu cichego, bolesnego trzeszczenia.
- No to chodźmy do jadalni. – zaproponowała Prudence.
- Tak, na pewno jesteście zmęczeni i głodni po podróży. – Alexia przytaknęła i pociągnęła Conalla za ramię.

- Co to jest? – zapytał Channing, patrząc z niesmakiem na danie, które służący postawił na honorowym miejscu.
- Conallu… - Alexia pobladła na widok owego dania, które do złudzenia przypominało worek wypełniony łajnem. – Rozmawialiśmy o tym…
- To, majorze Channing, jest haggis. – odparł z dumą lord Maccon, ignorując mroczne spojrzenie ze strony żony, która już wymyślała, co zrobi kucharzowi jak go dopadnie. – Ale nie musisz się kłopotać. To danie tylko dla prawdziwych mężczyzn.
Channing zacisnął zęby.
- Pan coś insynuuje, milordzie?
- Spokojnie, kochanie, nie daj się sprowokować… - Prudence pogłaskała go po ramieniu.
- Ja? Gdzieżbym śmiał! – odparł z uśmiechem jawnie wyzywającym.
- Conall! – warknęła Alexia.
- Floote! Nałóż mi tego haggisu – polecił Channing.
Kobiety jęknęły, a Floote z lekkim uśmiechem spełnił polecenie.
- Więc niby ja nie zjem? – wymamrotał Channing, wbijając widelec w haggis.
Już po pierwszym kęsie wiedział, że nawet jeśli jakimś cudem zje, to drogo za to zapłaci.

Prudence równie zdegustowana co rozbawiona, przytrzymywała włosy swojego męża, który w sposób jakże mało arystokratyczny, zwracał do bogu ducha winne chińskiej wazy, cały zjedzony przez siebie haggis.
- Skończyłeś, kochanie? – zapytała, gdy major wyprostował się z bolesnym jękiem i posłał jej załzawione spojrzenie.
- Czemu mnie nie powstrzymałaś, Prudence? – zapytał z wyrzutem.
- Przecież próbowałam – żachnęła się – to ty nie słuchałeś.
Channing przełknął ślinę.
- Nienawidzę twojego ojca.
- Och, wcale nie. Po prostu jesteście siebie warci. – pogłaskała go po zaczerwienionej twarzy. – Ale może za kilka lat nauczysz się z nim postępować. Jak moja matka. Chociaż może lepiej nie w taki sam sposób.
Milczeli przez chwilę, podczas której Channieng starał się wyzbyć traumatycznych wizji siebie w roli Lady Maccon. Zwłaszcza po nocach.
- Prudence?
- Tak pieseczku?
- Nigdy więcej haggisu.