Actions

Work Header

Jemioła

Chapter Text

Beatrice chwiała się lekko na niestabilnej drabinie, starając się zainstalować złotą gwiazdę na czubku choinki. Warto dodać, że choinka była nieprzyzwoicie wielka. Dwa dni wcześniej, gdy Beatrice zeszła na śniadanie, nagie drzewo stało bezczelnie w salonie. Czytający gazetę Jacob wzruszył tylko ramionami, widząc niemałe zaskoczenie na twarzy małżonki.
- W Schriftschtelleruberbrillehilfenzwanziggardzie zawsze mieliśmy porządne choinki – rzekł tylko tytułem wyjaśnienia.
Beatrice uznała, że nie zapyta skąd i jak. Po prostu wykreśliła z listy rzeczy do zrobienia zakup drzewka.
I tak nabyła tylko trzy razy więcej ozdób i, po upieczeniu makowca, zabrała się za ich wieszanie. I tylko ta cholerna gwiazda nie chciała współpracować.
- Prawie… - mruknęła do siebie kobieta, stając na palcach
Po chwili głośnym westchnieniem ulgi zakomunikowała pustemu mieszkaniu, że operacja zakończyła się sukcesem.
Dokładnie w sekundzie, gdy zeszła szczebel niżej, okno eksplodowało deszczem lśniących, ostrych odłamków. Wpadł przez nie Jacob Mahler, a za nim dwóch osobników rasy żółtej, o tożsamości bliżej nieokreślonej.
Beatrice krzyknęła i spadła z drabiny, ciągnąc za sobą czerwony, błyszczący łańcuch choinkowy, w ślad którego być może poszłoby i samo drzewo, gdyby pani Mahler w porę się nie opamiętała i nie puściła go wolno.
Gdy mężczyźni otrząsnęli się z fragmentów okna i lekkiego szoku, powrócili do przerwanej walki.
„Mój piękny dywan!", pomyślała z rozpaczą Beatrice, gdy polała się pierwsza krew, mająca swe źródło w nosie jednego z napastników, który to Jacob złamał pięknym lewym sierpowym.
Trwało ledwie kilka sekund, gdy kobieta wyrwała się z łap paraliżu wywołanego zaskoczeniem i uznała za stosowne uzbroić się w jakieś stosowne narzędzie i wspomóc małżonka.
Cicho oddaliła się do kuchni i wróciła, ściskając Jacobowego Glocka.
Umiała strzelać. Umiała uspokoić oddech i powstrzymać drżenie rąk na tyle by wycelować. Ale ryzyko, że trafi niewłaściwego mężczyznę…
- Jacob! – krzyknęła, sprowadzając na siebie uwagę całej trójki.
Nie trzeba było więcej słów.
Pan Mahler wykorzystał okazję, pchnął jednego z osobników, powalając go tym samym na ziemię.
Chwila bezruchu, Beatrice tylko tyle potrzebowała żeby wycelować i trafić. Jacob z kolei złapał drugiego mężczyznę, który bez wsparcia towarzysza nie był już taki skory do walki, i szybkim ruchem skręcił mu kark.
Nieprzyjemny dźwięk zabrzmiał nienaturalnie głośno w uszach kobiety.
- Jacob – jęknęła, patrząc na niego z wyrzutem – Wiesz, że NIENAWIDZĘ tego dźwięku
Jej mąż zmarszczył brwi i popatrzył na nią z cieniem niedowierzania.
- Powinienem przeprosić?
- Tak…nie…o Boże – dopiero teraz poświęciła więcej uwagi temu w jakim stanie znajduje się jej mąż. Podbiegła do niego natychmiast – Czy ty masz złamaną rękę?
- Bardzo możliwe…
- Jacob – jęknęła, dotykając rozcięcia biegnącego przez niemal całą jego klatkę piersiową. Czarny golf był przesiąknięty krwią – W coś ty się znowu wpakował..?
Mąż uśmiechnął się krzywo
- Dawni wrogowie, te sprawy. Nie martw się, to ostatni raz.
Beatrice westchnęła.
- Chodź, opatrzę cię…
- Trzeba coś zrobić z tymi ciałami…
- Najpierw cię opatrzę.
- Ale ciała…
- Potem wigilia.
- A…
- Tak, potem pozbędziemy się ciał.

Oczywiście to nie był ostatni raz. Spektakularne wigilijne powroty z pracy Jacoba Mahlera stały się tradycją. Od czasu tych pierwszych świąt Beatrice do listy świątecznych zakupów zawsze dopisywała bandaże, maści i naboje do Glocka