Actions

Work Header

Flaga prowokująca

Work Text:

W jingshi panowała cisza. Było duszno, nad górami grzmiało. Siedzieli na matach boso, ubrani tylko w lekkie spodnie i koszule, a Wangji jeszcze w płaszcz z białego muślinu, bo upał upałem, ale jak się ma na nazwisko Lan, to trzeba trzymać poziom.

Wuxian czytał stare opracowanie na temat flag przyzywających, to znaczy próbował czytać, ale głównie sprawdzał w słowniku przestarzałe znaki i starał się zrozumieć co autor miał na myśli. Wangji siedział, pięknie wyprostowany, za stołem i na grubym papierze malował tuszem górski pejzaż. Dużo takich malował i całkiem nieźle na nich zarabiał.

Wuxian rzucił zwój na podłogę.

– Chrzanić to. Wlazłbym do źródła. Teraz zaraz. Burza idzie, po deszczu woda zmętnieje, żadna przyjemność się kąpać. Lan Zhan, ty długo jeszcze?

– Nie. Ja też z przyjemnością skończę pracę – powiedział Wangji wytwornie, jak to on, przepłukał pędzel, odwiesił go na stojaczek i lekko się przeciągnął.

Na widok jego przegiętego torsu Wuxian nie mógł się powstrzymać. Jego ulubiony nudziarz nawet przeciągał się dystyngowanie; trzeba mu było zepsuć efekt.

Wbił mu palce w żebra.

– Gili-gili-gili!

– Nie rób – powiedział Lan Zhan.

Wuxian spróbował jeszcze raz.

– Nie rób – powtórzył Lan Zhan i spokojnie odsunął jego rękę.

– Ee, żadna zabawa z tobą.

– A… co ty robisz?

– Próbuję cię połaskotać.

Cisza. Ta charakterystyczna cisza, która oznaczała, że Lan Zhan nie rozumie, co się do niego mówi.

– Czy ty w ogóle masz łaskotki?

Lan Zhan popatrzył na niego z zastanowieniem.

– Łaskotki? – uściślił.

– No – potwierdził Wuxian i dla ilustracji zamachał zgiętymi pacami.

Gest, na widok którego każdy trzylatek piszczy z radości, wszechstronnie wykształconemu Jadeitowi z Gusu najwyraźniej nic nie mówił.

– No więc masz czy nie? – dowiadywał się Wuxian.

– Nie wiem – przyznał się Wangji.

– Nikt cię nigdy nie łaskotał?

– Nie.

Jasne nieba, bracie, ależ ty miałeś dzieciństwo! Dlatego takie z ciebie dziwadło wyrosło. Walczysz jak demon, znasz się na wszystkim, w łóżku jesteś całkiem całkiem, ale żeby się przytulić, pośmiać, połaskotać, to cię trzeba uczyć. My z Bractwa Lan zachowujemy powagę, co? Grzeczny chłopczyk robił co kazali i oto skutki. Jakiś zakochany głupek próbuje się z tobą pobawić, a ty chciałbyś, tylko nie wiesz jak.

On sam wprawdzie wcześnie stracił rodziców, ale przybrany ojciec nie szczędził mu czułości. Całusy, uściski i wesołe zapasy były na porządku dziennym. Wuxian był już sporym chłopcem, kiedy ojciec wciąż wygrywał pojedynki na drewniane miecze zręcznie łaskocząc go w żebra. Wuxian darł się wtedy „Tak nie wolno!”, a ojciec się śmiał.

– A ty? Masz?

Wuxian już nabierał tchu, żeby odpowiedzieć „tak”, ale zatrzymał się w pół słowa.

– Ja też nie wiem – stwierdził ze zdumieniem. – W poprzednim życiu miałem, na brzuchu, na żebrach i na podeszwach stóp, ale teraz? Nie było okazji sprawdzić. Weź mnie połaskocz, o tu, zobaczymy.

Wangji spróbował powtórzyć gest, ale palce miał za sztywne, więc raczej skrobał niż łaskotał.

– Źle robię? – zmartwił się, widząc minę przyjaciela.

Tak, Lan Zhan, zupełnie źle, pomyślał Wuxian z nagłą czułością, i za to też… w ogień bym za ciebie skoczył.

– Niezupełnie dobrze. Czekaj, pokażę ci. Daj nogę.

Wangji rzadko kwestionował zachcianki Wuxiana, nawet gdy niezupełnie je rozumiał. Teraz też ufnie wsunął stopę w jego dłonie.

Wuxian połaskotał go w podeszwę. Na pisk nie liczył, ale jakiejś reakcji to się jednak spodziewał; a tu nic.

Lan Wangji nie miał zielonego pojęcia, co powinien czuć. Szybko przejrzał w pamięci kilka zwojów poezji i ze trzy klasyczne eposy, ale nic nie znalazł. Pieśni także milczały na ten temat. Nie, najwyraźniej nie był przygotowany.

– Czy to mi się podoba? – spytał.

Wuxian parsknął śmiechem.

– Skąd ja mam wiedzieć? Nie siedzę ci w głowie. Nie, chyba jednak nie masz łaskotek. Jakbyś miał, tobyś wiedział.

– Mm.

Zajęli się czymś innym.

***

Wuxian przegryzł się w końcu przez zwój i nawet zrozumiał o co szło. Było tam parę niezłych pomysłów, a już jeden szczególnie; nie pojmował, czemu go nie wdrożono do powszechnego użytku. Może autor tylko sobie teoretyzował.

Chodziło o flagę, która nie tylko ściągała upiory na wyznaczone miejsce, ale je tam unieruchamiała, zgarniając w siebie gniew, który je napędzał. Gniew ten gromadził się w nakreślonym na fladze heksie. Bez wysiłku dałoby się tę flagę przeprojektować tak, żeby była bardziej wydajna.

Opisał pomysł swojemu Lanowi. A ten westchnął. Bo koncepcja była w zasadzie bez zarzutu: używający takiej flagi praktyk upiory unicestwia, a zgromadzony w heksie gniew rozprasza, wszyscy są zadowoleni. Było tylko jedno małe ale. Wei Wuxian by tego gniewu nie rozpraszał. On by go wydobył z heksu i zużytkował do zaklęć.

Dla praktyka, który szedł mroczną drogą, taka flaga była akumulatorem mocy.

– Czy ty musisz… – zaczął Wangji z wahaniem.

– Muszę!

Nie, nie pokłócili się, to nie było nawet spięcie, ale musieli się dogadać.

– Zrozum mnie – prosił Wuxian. – To jedyna dostępna mi moc. Innej miał nie będę. A trochę jednak umiem. Projektuję artefakty, mam sensowne pomysły, wiem jak i co, nawet w kuźni sobie radzę. Heks kreślę od ręki, co z tego, że krwią. Gram zaklęcia na flecie. Daję radę walczyć. Na mieczu nie latam, ale mam swoje sposoby, żeby w powietrzu nie zostawać w tyle. Gdybym się wyrzekł mocy, kim bym był? Zwyczajnym człowiekiem.

– Ty nigdy nie byłbyś zwyczajnym człowiekiem.

– E tam. Skończyłoby się latanie, czary, heksy. Na flecie grałbym chyba po weselach.

Kochałbym cię i tak, pomyślał Wangji, ale rozumiał. Życie, jakie wiedli, było barwne, intensywne, wspaniałe. Owszem, w pracy bywało niebezpiecznie i czasami trzeba się było napatrzyć na obrzydliwości, ale człowiek nigdy się nie nudził. No i miał poczucie, że jest pożyteczny.

– Nie mógłbym już chodzić z tobą na nocne łowy, a szkoda by mi było, bo lubię.

Wangji zagryzł wargi. To była prawda. On też uwielbiał te wspólne polowania na upiory, ale gdyby Wuxian nie miał mocy, toby go sparaliżował, zanimby mu pozwolił ze sobą iść. Skończyłoby się braterstwo broni. Nawet nie chciał myśleć, jak Wuxian by się wtedy czuł.

Słabszy. Gorszy. Okaleczony.

Bezwartościowy.

Ot, piękny chłopak na utrzymaniu słynnego mistrza z Gusu.

A przecież w swym dawnym życiu był biegłym praktykiem i genialnym projektantem artefaktów. Wynalazków Patriarchy z Yiling nadal chętnie używano i wysoko je ceniono, mimo że powstały przy użyciu dyskusyjnych metod.

Cóż w tym dziwnego, że chciał znowu stanąć przy warsztacie?

Nie mówiąc już o tym, że miałby źródło zarobku. Wangji pochodził z zamożnego rodu i bez wysiłku utrzymywał ich obu, ale zgadywał, że wcześniej czy później przyjaciela zacznie uwierać życie na jego garnuszku.

– Sam wiesz, że ta moc jest wszędzie – tłumaczył Wuxian. – Ty tego nie widzisz, ale ja tak. Ludzie umierali, umierają i będą umierać w gniewie. Ale to nie ja ich zabijam. Owszem, biorę sobie ten gniew. Ale zbrodni tym nie czynię. Ja… nie jestem zły.

– Nigdy nie byłeś.

– Więc czemu mi bronisz?

– Nie bronię. Odkąd wróciłeś, tysiąc razy używałeś przy mnie swoich zaklęć. Czy choć raz zaprotestowałem?

Wuxian potrząsnął głową.

– Nie – przyznał.

I nawet więcej; Wangji słuchał uważnie, gdy Wuxian mówił o odmianach mocy, którą władał. Już wiele razy grali zaklęcia w duecie. Kiedyś nazwał go Patriarchą z Yiling, głaszcząc go przy tym po policzku; a potem go pocałował.

– Ja nie mówię, że ta flaga to zły pomysł. Tylko że… To jest ciemna moc. Groźna, a mało zbadana. Raz już obróciła się przeciwko tobie.

– Wiem. – Wuxian odwrócił wzrok i chyba nawet się zarumienił. – Byłem głupi. Dalece przesadziłem. Ja… Nie miałem wtedy nikogo, kogo bym… słuchał. Teraz mam.

Dobrze, pomyślał Wangji. Niech tak będzie. Ja jestem Han Guang Jun, Drugi Mistrz Bractwa Lan, i znam swój obowiązek. Miłuję cię nad wszystko, Patriarcho z Yiling. Będę stał przy tobie i dobrze ci radził, a jeśli znowu popadniesz w obłęd, sam cię zabiję, a siebie zaraz potem.

– Zdaję się na twój rozum – powiedział spokojnie. – Wróć do pracy. Tylko proszę cię, Wei Ying, uważaj. Nie chcę cię stracić po raz drugi.

– Nie chcę umrzeć po raz drugi. – Wuxian skrzywił się, trochę kpiąco, trochę smutno. – Wiesz… To nie było przyjemne doświadczenie.

Wangji już wcześniej podejrzewał, że Wuxian pamięta własną śmierć.

Patriarcha z Yiling popełnił straszliwe zbrodnie, a potem stracił kontrolę nad swymi mocami i pożarły go jego własne upiory.

Tak ujęte, brzmiało to przerażająco i cały świat mówił „Dobrze mu tak!”. Ale dla niego ten zbrodniarz to był jego Wei Ying, nieznośny, uprzykrzony, ukochany wesołek. I najinteligentniejszy człowiek, jakiego Wangji znał, jego samego nie wyłączając.

W końcu tylko geniusz był w stanie wykuć Amulet Podziemnego Tygrysa.

Wei Wuxian zapomniał prawie wszystko z tamtych krwawych dni. Zapomniał nawet jego beznadziejne wyznanie. Może to i dobrze. Ale nie dało się w nieskończoność unikać tematu. Powiedzieli mu w końcu – on sam, jego brat, Jiang Cheng, niesławnej pamięci Jin Guangyao, nawet poczciwy Wen Ning, który najchętniej oszczędziłby mu każdego bólu.

Wei Wuxian nikomu się nie zwierzył, ile z tego, co wydarzyło się pod sam koniec, wróciło do niego, kiedy zaczął o tym myśleć.

– Wei Ying…?

Wuxian położył mu palce na ustach.

– Nie pytaj – poprosił. – Na szczęście słabo to pamiętam.

***

Na zewnątrz grały żaby i świstał nocny ptak. Obaj panowie znowu byli pogrążeni w pracy.

Wangji siedział, pięknie wyprostowany, za stołem. Tym razem czytał jakiś rękopis i robił notatki, a że było ich sporo, co jakiś czas rozcierał sobie więcej tuszu na kamieniu.

Wuxian opracowywał swoją nową flagę. Projekt dojrzewał w nim przez parę dni, ale dzisiaj wreszcie nadszedł czas! W tej chwili Wuxian był na etapie konstruowania heksu i świat dla niego nie istniał.

Jego metoda pracy była zdecydowanie bardziej przestrzenna.

Na podłodze leżały rozwłóczone zwoje, pędzle, ścinki szmatek i papierów, a Wuxian czołgał się pośród nich, przestawiał elementy, dopadał do stołu, żeby coś zapisać na którejś z tysiącznych małych karteczek, gubił notatki, po czym je znajdywał (lub nie), przeklinał pod nosem, ciął kolejne papiery w różne typy flag, kreślił znaki, komponował kręgi, liczył sylaby, przez jakiś czas się w ogóle nie odzywał, tylko leżał do góry brzuchem na podłodze i gapił się w sufit. Wangji zerknął na niego, pewien, że zasnął, ale nie, Wuxian był po prostu w transie twórczym.

Wreszcie zebrał te wycinanki, które uznał za udane, i zaczął je układać jedna za drugą, żeby móc je sobie porównać. Cofał się przy tym na kolanach, tyłkiem do góry.

I jak tak się cofał, w końcu w coś kopnął. Pchnął to coś stopą w nadziei, że się przesunie, ale nie, przeszkadzało dalej.

Obejrzał się. O! Doczołgał się do stołu. Tym, w co kopał, było udo Lan Zhana.

No dobrze, właściwie to nie potrzebował więcej miejsca. Przyciągnął bliżej kamień z tuszem, wziął porządny papier, ukradł przyjacielowi najlepszy pędzel, położył się na brzuchu i zaczął spisywać wnioski. A że Wangji był tuż obok, zużytkował go ku swojej wygodzie.

– Mogę? – spytał dla porządku.

Wangji nie zwrócił większej uwagi na próby przesunięcia go, ale kiedy poczuł, że czyjaś bosa stopa wsuwa mu się pod rękaw, to jednak oderwał się od pracy.

– Mm?

– Położyć sobie.

– Mm. – Wangji ujął tę stopę i umieścił ją sobie na udzie. Wuxian ułożył się lepiej, wbił mu drugą stopę pod pośladek i z powrotem pogrążył się w pracy.

Wangji przestał czytać. Siedział, patrząc przed siebie, a tusz sechł mu na pędzlu.

Odkąd wróciliśmy do Samotni w Chmurach, Wei Ying nie mógł sobie znaleźć miejsca. Tłukł się po pałacu jak duch pokutujący, ludziom przeszkadzał, tyle co chłopaków uczył, i dobrze, bo świetnie to robi, a oni go uwielbiają, ale zadowolony nie był. A teraz proszę, jaki zajęty. Myśli. Tworzy. Blask od niego bije, tak się tą pracą raduje.

Nie jest to niegodziwe.

A przecież ten uroczy chłopak, roześmiany łajdak, jest mordercą. Ludzie wciąż się go boją. Nigdy mu nie zapomną zbrodni Patriarchy z Yiling. Tylko że nie on jeden tam zawinił. Była wojna. Potrzebowaliśmy go. A potem się go wyrzekliśmy, my, ci dobrzy. Sami go pchnęliśmy na samotną drogę. A ja niby chciałem go ratować, ale ogromnie przy tym dbałem o swoją reputację. Nieskazitelny Jadeit z Gusu! Ależ byłem głupi.

Teraz jest inaczej.

On już wie, że powinien był wrócić ze mną do Gusu. A ja wiem, że powinienem był rzucić sławę na wiatr i zostać na Kurhanach. Stanąć u jego boku i powiedzieć: masz we mnie przyjaciela po grób, Patriarcho z Yiling. Jest nas dwóch.

Teraz jest inaczej. On zmądrzał. Musiał do tego umrzeć i zmartwychwstać, ale zmądrzał. I ja też już wiem, czego chcę. Stoję u jego boku. Jest nas dwóch.

Obaj zmądrzeliśmy. I czasy się zmieniły.

Tym razem będzie dobrze.

Wuxian wziął kolejną kartkę i ułożył się inaczej, ale stopy nie cofnął.

– Wygodnie ci tak? – zatroszczył się Wangji.

Wuxian opisywał właśnie trudniejszy element heksu i nawet nie usłyszał pytania. Jego stopa kuliła się i rozprężała rytmicznie. To oznaczało, że Wei Ying jest bez reszty pogrążony w tym, co robi.

Wangji uśmiechnął się do siebie, wziął suchy pędzel i nakreślił mu na podeszwie znak.

Zupełnie niewidoczny, ale bardzo piękny. Wszystkie kreski w doskonałej równowadze.

Był to znak 親. A mówił: pocałunek.

Ale że był znakiem z natury swej wieloznacznym, mówił też coś jeszcze.

Mój miły.

Bardzo cię lubię.

Ku jego zdumieniu stopa skuliła się mocniej. Ale zaraz się rozprężyła.

親. Całuję cię, mój miły. Bardzo cię lubię.

– Nie rób – mruknął Wuxian.

親. Całuję cię, mój miły. Bardzo cię lubię.

Tak się cieszę, że tu jesteś. Tak mi dobrze. Mnie… nigdy tak nie było. Odkąd wróciłeś, jestem szczęśliwy. A odkąd mnie sobie wziąłeś… ja… mój… Znak za znakiem, Jadeit z Gusu całował ukochanemu stopy.

– Przestań! – zawołał Wuxian. – To łaskocze!

Po czym odwrócił się gwałtownie.

– Hej! Ty mnie łaskoczesz!

– O? – zdziwił się Wangji.

– Więc jednak umiesz!

Wangji uniósł pędzel.

– Nie mówiłeś, że można nie ręką – powiedział z lekką urazą. – Tak to umiem.

– Wychodzi, że na stopach dalej mam łaskotki – stwierdził Wuxian. Przywykł już do nowego ciała, ale wciąż do czasu do czasu dokonywał jakiegoś odkrycia. – Ciekawe, czy gdzie indziej też. Czekaj… Zobaczymy.

Ukląkł. Rozwiązał tasiemki koszuli. Odsłonił brzuch. Gładki, twardy brzuch ze zgrabnym dołkiem pępka i smugą włosów niknącą pod obrąbkiem spodni.

Dłoń trzymająca pędzel ani drgnęła. Ale ta druga wsunęła się głębiej w rękaw i zacisnęła w pięść.

Wuxian zdjął koszulę z ramion. Odsłonił żebra. Że przy okazji pierś, o tym nie myślał. Nie zastanawiał się, co robi swemu mężczyźnie. Po prostu się bawił. Za to Wangji hamował się z całych sił.

– Już! Łaskocz mnie!

– To nie patrz – odpowiedział Wangji lekko zmienionym głosem.

Wei Ying odchylił się lekko w tył i zamknął oczy, czekając na dotyk.

Wangji zagryzł wargi. Jasne nieba, nie zdzierżę, zaraz się na niego rzucę.

– No? – przynaglił go Wuxian.

Wangji szybko, z wielką wprawą, nakreślił znak. 親.

Całuję cię, mój miły. Bardzo cię lubię.

Na brzuchu, obok pępka.

Wei Ying parsknął śmiechem.

– Jeszcze raz!

親. Całuję cię, mój miły. Bardzo cię lubię.

Tuż nad biodrem.

– Jeszcze…

– To się połóż.

Wuxian leżał z zamkniętymi oczami na macie, a pędzel tańczył mu po piersi, po barkach, po brzuchu, po biodrach. Zakochany kaligraf zapisywał skórę miłego pocałunkami.

– Łaskocze? – zapytał, kiedy naprawdę musiał już przestać, inaczej by nie wytrzymał.

Drżał z pragnienia, ale dobrze to ukrywał.

Wuxian otworzył oczy i popatrzył na niego z uśmiechem.

– Nie. Ja ciebie też.

– Mm?

– Ja ciebie też.

– Co?

– Bardzo lubię.

– Odczytałeś? – Wangji spuścił głowę. Głupio mu się zrobiło. Był pewien, że znaku kreślonego na skórze suchym pędzlem nie da się rozpoznać. Zapomniał, że Wei Ying też jest kaligrafem, może niekonwencjonalnym, ale utalentowanym.

– Lan Zhan?

– Mm.

– Chodź tu.

Wangji pozwolił się objąć. Ale twarz odwracał.

– Czego się wstydzisz? Żeś mnie całował?

– M-m – zaprzeczył Wangji.

– No to powiedz, co było takie straszne?

Pauza.

– Brak opanowania.

Wuxian ujął jego twarz w dłonie i obrócił ku sobie.

– Lan Wangji, mówiło się. Opanowany to jest Han Guang Jun. Tutaj, w jingshi, ma być Lan Zhan. Tak czy nie?

Wangji skinął głową.

– Podobam ci się?

Ai-ya

– To świetnie, bo ty mi też.

Pół roku jeszcze nie minęło od pamiętnych wydarzeń w Yunping i pewne rzeczy wciąż musiały być wypowiadane głośno, niektóre nawet dosyć często.

– Moja kolej.

Wuxian wyciągnął rękę i spokojnie, niespiesznie rozwiązał tasiemki koszuli swojego mężczyzny, jedną na barku, dwie na boku. Odsłonił jego szeroką pierś. Po czym pochylił się i nakreślił na niej znak. 親.

Językiem.

Potem pocałował. Raz, drugi, dziesiąty. A całując powtarzał:

– Mój. Mój. Mój.

Na koniec cmoknął go w losowo wybrane miejsce tuż pod obojczykiem.

– I tu też mój – oświadczył. – Cały mój! No co, już dobrze? Nie wstydzimy się? To teraz ty mnie.

Po czym mocno się zdziwił, kiedy Wangji niskim głosem odpowiedział:

– Z rozkoszą – a następnie pchnął go na matę i przygniótł sobą.

– Ej! Co ty robisz?

– To. – Wangji ujął go za nadgarstek, poprowadził jego rękę w dół i przycisnął jego dłoń do czegoś bardzo twardego i zdecydowanie chętnego.

Tego Wuxian akurat nie miał w planie. Trochę pieszczot, kilka całusów i z powrotem do roboty, tak to sobie wyobrażał. Prowokował kochanka całkiem nieświadomie, więc ten zwrot akcji trochę go zaskoczył.

Mimo wydarzeń ostatnich kilku miesięcy Wuxian był jednak jeszcze dość niewinny.

A Wangji miał ogromną wprawę w ukrywaniu swego pożądania.

Ale tym razem Wei Ying wyprowadził go z równowagi. Wangji cisnął samokontrolę w diabły, sięgnął między ich ciała i zaczął na ślepo rozwiązywać troczek u jego spodni.

– Przestań, ale już! – zaprotestował Wuxian.

– Nie.

– Ja pracuję!

– Ja też.

– Więc co to ma być?

– Odpoczynek.

– A zasłużyłeś?

Szare oczy zwęziły się lekko.

– Nie muszę.

– Ty…! – Wuxian rzucił się jak ryba, próbując się spod niego wyśliznąć. Wangji przycisnął go biodrem do podłogi.

Troczek się poddał. Wuxian też.

– Lan Zhan… Przestań… – poprosił słabo, unosząc tyłek, żeby łatwiej było ściągać z niego spodnie.

Zawsze tak było. Wangji zaczynał go pieścić, a on protestował, droczył się, ale nogi od razu rozkładał, cały głodny.

Wangji rzucił jego spodnie gdzieś na bok i popatrzył na niego, jakby oczom nie wierzył. Przecież to było właśnie to, do czego tyle lat tęsknił i dawno stracił nadzieję.

– O, Wei Ying… Wei Ying…

Jego miły leżał przed nim rozwarty, zapraszający, wąskobiodry, złotoskóry, śliczny. I całkiem nagi.

Tylko koszula plątała mu się jeszcze gdzieś koło łokci.

– Wei Ying, chcesz?

– Chcę… – szepnął Wuxian. Nie miał już po co dalej grać nieskorego kochanka. Jego ciało mówiło co innego, i nie kłamało. – Chcę!

Wangji wstał. Zrzucił spodnie. Koszulę i płaszcz sobie zostawił.

Często kochali się w ubraniu. Jeden z nich z zasady rozbierać się nie lubił, a drugiemu zazwyczaj było wszystko jedno, byle tylko już mieć go w sobie, byle tylko już dostawać od niego rozkosz, tę niesamowitą, wciąż nową, wciąż niespodziewaną.

– Chodź, Lan Zhan, chodź! – naglił go Wuxian.

– Niecierpliwy? – Wangji odsunął się o krok do tyłu.

– Lan Zhan!

Wangji wyprostował się, żeby się Wuxian mógł napatrzyć. Czerń rozsypanych po jego barkach długich włosów i krótkich, mocno skręconych, na podbrzuszu odcinała się od jasnej skóry. Spowity w bielony na słońcu muślin, zredukowany do dwóch barw, wyglądał pięknie.

Ale to nie estetykę barw i kontrastów podziwiał Wuxian; i trudno mu się dziwić. Lan Zhan był doskonale zbudowanym mężczyzną. A że koszulę miał rozsznurowaną, a płaszcz rozpięty, Wuxian mógł go sobie oglądać we wszelkich szczegółach.

A Wangji o tym wiedział.

Dlatego spokojnie poczekał, aż wołania przyjaciela nabiorą błagalnej nuty.

Wtedy ukląkł między jego nogami i powiódł mu dłońmi po udach, mocno, tak, żeby poczuł. Potem pochylił głowę. Jego włosy zakryły lędźwie kochanka. Ale Wuxian, choć nie widział, co Wangji tam robi, to przecież czuł.

I dlatego wił się, prężył, pchał mu się pod dłonie, pod usta.

– O tak, tak, chcę, chcę, chcę…

Długie, twarde place zsunęły się niżej, tam, gdzie był najbardziej wrażliwy, i zaczęły pieścić, przygotowywać. Wuxian już nie mógł wytrzymać.

– Dosyć, dosyć! Lan Zhan, błagam!

Wangji chwycił go za biodra i pociągnął ku sobie. Wuxian rozwarł nogi, gotów go przyjąć. Natychmiast poczuł nacisk. Krzyknął. Rzucił głową. Włosy chlasnęły po znakach, po kręgach. Pod plecami z chrzęstem zmiął się papier.

– Moje flagi…! – zakwilił Wuxian.

Ale żeby próbował się wyrwać, podnieść, ratować robotę, to nie; wciąż wciskał się w Lan Zhana, tarł mu pośladkami o uda, nadstawiał się.

Wangji zatrzymał się na moment, spojrzał w dół, na ich niezupełnie jeszcze połączone ciała. Wargi mu drgnęły.

– Co…? – przestraszył się Wuxian.

Wangji uczynił wysiłek, ale nie zdołał się pohamować.

– Flagi głupstwo – mruknął. – Ważne, że drzewce mamy.

I wepchnął się w ciało kochanka.

Wuxian śmiał się nawet kiedy już zaczął jęczeć.