Actions

Work Header

Zakładka

Work Text:

Przechodzień, odbierając pietruszkę: Słyszeliście? Wypuścili go!

Przekupień: Naprawdę? Ale że Kubę, co to po gościńcach panów...

Przechodzień: Ja nie o żadnym Kubie i rozbójnikach, ja o Kordianie! Tym, co podobno cara próbował...

Przekupień głośno i wyraźnie, żegnając się i patrząc jakby podejrzliwie: A to broń mnie Bóg, o takich bluźnierczych zbrodniach to ja nawet słyszeć nie chcę! O włos od takiej tragedii byliśmy! Ale na szczęście Bóg czuwał nad dobrym...

Przechodzień, urażony: Wy mnie bierzecie ze donosiciela albo prowokatora! Od lat kupuję u was warzywa, co na kredyt wezmę, to zawsze spłacę, a mnie tak – postponujecie!

Przekupień, zniżając głos do konspiracyjnego szeptu: A, przepraszam waszmość, ale waszmość wie, jak to teraz w naszej biednej, uciskanej ojczyźnie, własnemu odbiciu w lustrze zaufać nie można... Ale jeszcze wróci prawdziwy cesarz, krew z krwi prawdziwych wojowników, takiego to nic nie powstrzyma...

Przechodzień, podekscytowany: O, wy też... I słyszeliście co nowego może? Bo podobno nasi... te tarabany i w ogóle...

Przekupień: Może i wiem. Różni u mnie warzywa kupują, i konspiracja, i policja, i żołnierze, i nawet (ścisza głos jeszcze) pomocnica kucharki u samej pani...! Wie waszmość, tej co z Konstantym...

Przechodzień: O takich sprawach to porządnemu człowiekowi nawet słuchać nieprzyjemnie.

Przekupień, znów zmieniając twarz na głos na wzburzone: Ma pan rację! Kobieto – puchu marny! Ale i książę nie bez... nie bez chęci przecież. Taki to brak moralności u tych, co to przykładem nam, maluczkim, świecić powinni, powiadam waszmości, to nas i kraj zrujnuje.

Przechodzień, ze zniecierpliwieniem: Tak, tak. Ale co o cesarzu słyszeliście...? I jego z wysepki, daj Boże, skutecznym wydostaniu?

Przekupień: A bo to waszmość nie doniesie? bo to ja waszmościa znam? Co waszmość u mnie, tylko warzywa kupuje, niejeden u mnie warzywa kupuje i niejeden kredyty spłaca. Z rządowej pensji to nawet łatwiej, a waszmość ostatnio – jakby na więcej sobie pozwala...

Przechodzień, pobledłszy: Dziecko mi się urodziło, to dla żony... Na wzmocnienie...

Przekupień: A dziecko, dziecko, winszuję, na dziecko to tym bardziej – pieniędzy trzeba, znajomości trzeba...

Przechodzień: Wy mnie obrażacie.

Przekupień: Tylko jestem ostrożny. U mnie wszyscy kupują, wszyscy, żołnierze i byli żołnierze, i niżsi urzędnicy, i nawet...

Przechodzień: Pokojówka dziewki Wielkiego Księcia, wiem!

Przekupień, obrażony: A wcale nie pokojówka, tylko pomoc kuchenna, i nie dziewki, tylko bardzo możnej, pięknej, eleganckiej pani! Sama podobno moje warzywa pochwaliła, że takich pysznych, to jeszcze nie jadła, i odtąd przynajmniej dwa razy w tygodniu do mnie po warzywa zachodzi... A i to ładna panienka, bardzo ładna, bardzo porządna, oczywiście. Złego słowa na nią nie dam. No, to naści waszmości te warzywka i – i co tam z Kordianem było? Że go wypuścili? No popatrzcie, popatrzcie ludzie, a tak się po gościńcach –

Przechodzień: Nie on, nie po gościńcach, tylko podobno chciał cara w nocy zabić, a wartę pełnił, to miał sposobność...

Przekupień: Ale toż nasz dobrodziej car, Jego Wysokość żyje. Mikołaj, znaczy. Bo Aleksandr – to już nie. Też się różne rzeczy słyszało...

Przechodzień: Żyje, bo ten Kordian go w końcu nie zabił. Znaleźli go podobno zamroczonego pode drzwiami sypialni. Zamknęli w szpitalu, przebadali, nic nie wykryli, mieli już stracić, już ustawili żołnierzy, podnieśli strzelby i wszystko – a tu nagle koń z posłańcem wpada i ułaskawienie!

Przekupień: A to fortunne, że tak zdążył. Bo wydawałoby się, że mógł nie. Rzadki przypadek.

Przechodzień, nagle podniecony: Prawda? Też widzicie?

Przekupień: Może i widzę. A czegom w życiu nie widział, to takiego cudownego przypadku, który byłby faktycznie przypadkiem. Nie, nie, to raczej albo cud... (zawiesza głos)

Przechodzień: – przedstawienie!

Przekupień, niby go nie usłyszawszy: Na razie mówię: rzadki przypadek, bo nic więcej nie wiem. Tyle tylko, że to pierwszy raz byłby, jakbym taki przypadek zobaczył.

Przechodzień: Ale po by oni mieli takie przedstawienie urządzać?

Przekupień, znów pozornie go ignorując: Ale różne rzeczy się widzi i różne się słyszy. Braci skłóconych, na przykład, dwie kamienice ode mnie tacy mieszkają, jak się po wódce zetrą, to cała ulica słyszy, z nożami po bruku się gonią...

Przechodzień: A prawda! Wszak między carem a bratem niezgoda, wszyscy wiedzą. Niezgoda, intrygi, skrytobójstwo... Nie pierwszy byłby to raz – i wy myślicie, że to po prostu... Między braćmi... Maskarada!

Przekupień: Że maskarada, tobym nie powiedział, na całą ulicę ich słychać.

Przechodzień: Ale z tego dla kraju i co dobrego przyjść może. Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta.

Przekupień: Albo obrywa i mu nos przestawiają.

Przechodzień, chyba go nie usłyszawszy: Ale żeby Kordian – taki zapaleniec – żeby on właśnie...

Przekupień: Co się szybko zapala, łacno też kopcić poczyna. Ani okiem nie mrugniesz, już do cna wypalone.

Przechodzień: Myślicie, że go – torturami? Ale on taki był... nie, żebym bo znał, oczywiście, tak tylko, z opisów i patrzenia w tłumie... Żeby on się dał torturami, to rzecz niepodobna!

Przekupień: Bicie wszystkich łamie. Pójdźcie na posterunek żandarmerii, posłuchajcie, jak tam największe zuchy ze zbójeckiej braci ślicznie śpiewają.

Przechodzień: Ależ, on nie byle zbój, on – konspirator!

Przekupień, ostrożnie: Dla niektórych zdrajca.

Przechodzień: Co, proszę?

Przekupień: Powiedziałem – ale też i człowiek.

Przechodzień: Zbój a konspirator nie z tej samej gliny.

Przekupień: Zdziwiłby się waszmość. Ale pod tą gliną, choćby różnie farbowaną, jedno ludzkie cielsko siedzi, a ciału jeść trzeba. Czy to cud, czy to... cud z teatru, i czy mu ogień wygasł, bo go zlali – zalali – czy się dalej żarzy, jeno nie dla sprawy, która bliska sercu waszmości – i który tam z braci wygra – taki czy owaki, tak czy siak, ja tu sprzedaję pokarm dla ciała i widzę, że inni już mnie czekają. Przepięknie się mi z waszmością rozmawia, ale zarobek – mus.

Przechodzień, kręcąc głową, bierze swoje zakupy i odchodzi. Przekupień pochyla się i notuje coś w swoim zeszycie. Nie jest jednak dość uważny czy szybki, bo oto podchodzi drugi przechodzień, też kupujący.

Drugi przechodzień: To sklepowe rachunki czy raport dla żandarmerii?

Przechodzeń pierwszy odwraca się powoli, przerażony.

Przekupień: Ja się obrażać nie pozwolę! Rachunki, oczywista!

Drugi przechodzień wyrywa mu zeszyt, kartkuje, wreszcie oznajmia powoli, ze zdziwioną miną, inni dopytują:

Drugi przechodzień: Sami zobaczcie. A jednak —