Actions

Work Header

Paradygmaty literatury małostkowo-hedonistycznej

Chapter Text

W zasadzie bardzo cieszył się na obiecany spacer. Mimo całego gderania, dyskusji, czy lepiej pojechać samochodem aż do centrum, czy może zostawić auto na jakimś dużym parkingu przy pętli i dalej podjechać tramwajem, obaj wiedzieli, że Emhyr narzekał głównie z przyzwyczajenia. W zasadzie Meredid uważał, że to po prostu jedna z cech jego osobowości – może nie najprzyjemniejsza, ale jego partner miał gorsze, a do zrzędzenia idzie się łatwo przyzwyczaić.

Emhyr mamrotał więc pod nosem mniej lub bardziej trafne zarzuty wobec ich planów na niedzielę, a Meredid cierpliwie czekał, wykorzystując ten czas do zaparzenia dwóch herbat, wyciągnięcia mięsa z zamrażarki, żeby zdążyło się rozmrozić i pokrojenia warzyw do sałatki na obiad. W końcu Emhyr zauważył, że Meredid kręci się po domu w butach do wyjścia i szaliku przewieszonym przez ramię. Bez słowa chwycił więc kluczyki do auta i pilota od bramy, po czym zniknął w garażu, a Meredid ruszył za nim, gdy tylko się spostrzegł.

 

***

 

Już z samochodu widzieli, że park był pełen ludzi, co w zasadzie nie powinno dziwić zważywszy na to, że była niedziela, a listopadowa pogoda dopisywała. Samochód zostawili w końcu na jednej z ulic w bezpośrednim sąsiedztwie parku, co było okupione dłuższą chwilą krążenia po okolicy i czatowania na wolne miejsce. Meredid kilka razy sugerował, aby zatrzymali się gdzieś dalej.

– Przynajmniej przejdziemy się trochę w spokoju, bez tłumów wokół, jakąś ładną uliczką – przekonywał. Emhyr przyznał mu rację, ale dla własnej satysfakcji zrobił jeszcze dwa zakręty, zanim wepchnął się równolegle między dwa inne, równie duże i błyszczące jak jego, samochody.

– No. – Mruknął zadowolony z wygranej batalii, która odgrywała się w jego głowie. Wystawił ramię, które Meredid z uśmiechem ujął.

– A zakluczyłeś auto? – zapytał jeszcze.

Dźwięk, który Emhyr wydał z siebie, słysząc to pytanie, nie należał do eleganckich.

– No raczej – powiedział w końcu. – Zresztą to dobra okolica, nic by się nie stało, jakby samochód stał otwarty. Każdy z tych domów pewnie ma monitoring.

– Tak tylko ci przypominam, bo kiedyś zapomniałeś i fukałeś tak długo, aż w końcu musieliśmy wrócić i zakluczyć, a to też była dobra okolica i…

– Dobra, wiem! Teraz zakluczyłem, okej?

– Okej, okej – powiedział ugodowo Meredid. – Chodźmy.

Ruszyli. Na twarzy Emhyra nadal malowało się lekkie niezadowolenie, ale gdy Meredid ścisnął delikatnie jego ramię, jak to miał w zwyczaju, odpowiedział powściągliwym uśmiechem.

Uśmiech ten zniknął z jego twarzy, gdy tylko wkroczyli na pierwszą alejkę parkową. O ciszy i spokoju mogli tylko pomarzyć, za to ich udziałem stał się koncert na, według bardzo stronniczych kalkulacji Emhyra, około 50 dzieciaków w pełnym przekroju wiekowym i dwa razy tyleż psów. Wziął głęboki oddech i już, już miał zacząć tyradę, ale w porę się powstrzymał. Jest niedziela – upomniał sam siebie. – Meredid zasługuje na choć jeden miły dzień w tygodniu. Nie ma mowy, żeby jakieś bachory go popsuły.

Jego postanowienie legło w gruzach, gdy chwilę później okazało się, że w parku nie ma ani jednej całkowicie wolnej ławki. Na domiar złego trafili w środek konfliktu między matkami z wózkami a rowerzystami, którego przedmiotem była walka o wpływy na ścieżce rowerowej. Na razie matki przegrywały, więc dla bezpieczeństwa swojego i bąbelków przeniosły się na chodniki, które w efekcie stały się nie do przejścia. Emhyr heroicznie walczył, ale w końcu nie wytrzymał

 

 

 

 

– Czemu tu musi być tyle ludzi? – sapnął z niezadowolenia.

– To może chodźmy nad brzeg? Tam jest trochę luźniej – Meredid pociągnął go za rękaw, ruszając w stronę brzegu. Z idealnie obojętnym wyrazem twarzy Emhyr podążył za nim, urozmaicając sobie spacer krzywymi spojrzeniami, które posyłał każdemu, kto na dłużej niż ułamek chwili zawiesił swój wzrok na nim lub na Meredidzie. Nad brzegiem rzeki przystanęli naprzeciwko stadka łabędzi, które łypały na nich spode łba. Emhyr rozejrzał się po okolicy, nadal polując na ławkę. Gdy z powrotem spojrzał na Meredida, ten stał już tuż przy brzegu i wyciągał z kieszeni reklamówkę z chlebem, by zacząć rzucać kawałki ptakom. Emhyr chwilę stał w milczeniu, wpatrując się w partnera, który skubał czerstwe pieczywo i rzucał je na wodę i przed siebie.

Meredid z promiennym uśmiechem przyglądał się kaczkom, które, zwęszywszy wyżerkę, zleciały się wokół niego chmarą. Skusiły się nawet dwa łabędzie, którym jednak mężczyzna jednak starał się nic nie rzucać, bo uznał że dużo mniejsze kaczki krzyżówki dużo bardziej potrzebują dokarmiania. Zignorował wrogie spojrzenie innego mężczyzny, który kawałek dalej również karmił ptaki, a od którego uciekła część z nich. Przecież to nie zawody ­– chciał powiedzieć obcemu. Kaczki zjedzą wszystko, nie trzeba o nie walczyć.

– Meredid.

– Hmm?

– Ale wiesz, że kaczkom nie wolno dawać chleba? – z powodów znanych tylko sobie Emhyr postanowił zainterweniować.

– Jak to? Przecież tak chętnie go zjadają… – Meredid zaczął przyglądać się workowi z chlebem, jakby oczekiwał, że znajdzie naklejkę z napisem „nie dawać kaczkom”. Naklejki nie było i mężczyzna z wyrazem niezrozumienia na twarzy spojrzał na swojego partnera, oczekując wyjaśnień.

Emhyr wykrzywił się, przypominając sobie, że dzisiaj miała być sympatyczna niedziela bez narzekania i wypominania. Ale skoro Meredid prosił…

– Ten chleb nie ma dla nich wartości odżywczych i zapycha im tylko żołądki. W dodatku od nadmiaru jakichśtam składników mogą zachorować na jakąś śmiertelną chorobę, potem tracą zdolność latania i zdychają – powiedział tonem ciekawostki Emhyr.

Mina Meredida mówiła wiele. Wpatrywał się w woreczek ze starym chlebem, jakby ten nagle zamienił się w truciznę.

– Przecież ja całe życie karmię kaczki chlebem!

– No, to czas przestać. Zresztą, kaczek w Krakowie jest i tak za dużo, nie ma wielkiej szkody. Następnym razem po prostu kupisz tę specjalną mieszankę w zoologicznym i tyle.

– Ale ja specjalnie zbierałem ten stary chleb, żeby się nie zmarnował i żeby kaczki miały co jeść! A ty mi teraz mówisz, że je trułem? – Meredid nie potrafił ukryć zdenerwowania.

– E tam, i tak ich jest pełno. Zresztą kaczki powinny na zimę lecieć do ciepłych krajów. Skoro zostały i nażarły się chleba, to ich problem – żachnął się Emhyr, ale widząc zmartwienie na twarzy Meredida, powstrzymał się od dalszych komentarzy na temat głupoty i szkodliwości kaczek. Zamiast tego rzucił:

– Jak chcesz, jutro po drodze z biura wstąpię do zoologicznego i kupię trochę mieszanki ziaren. Będziesz mógł sobie z czystym sumieniem rzucać jedzenie ptakom, ile dusza zapragnie.

Meredid rozpromieniał na moment, ale zaraz spojrzał w dół, na wpół opróżnioną siatkę z chlebem.

– Okej, ale… co ja mam teraz z tym chlebem zrobić?  

Emhyr już zdążył zmarszczyć brwi w zastanowieniu i irytacji, gdy Meredid sam znalazł odpowiedź:

– Wiem! Po prostu zawieszę gdzieś koło jakiegoś śmietnika, na pewno znajdzie się ktoś, komu to pomoże.

Emhyr odetchnął z ulgą.

– Mhm. Tak zrób. Ale nie na naszym osiedlu, nie chcę, żeby lokalni bezdomni pomyśleli, że teraz będziemy rozdawać jedzenie. A teraz się zwijajmy, mam dość tego miejsca.

Gdy byli już tuż przy samochodzie, Meredid zatrzymał się nagle. Rozejrzał się szybko i chwycił Emhyra za nadgarstek.

– Poczekaj na mnie chwilę w aucie, dobrze? Zrobię szybką rundkę do śmietnika, wydaje mi się że w sąsiedniej uliczce widziałem kontenery, gdy szukaliśmy miejsca parkingowego. – To mówiąc, żwawym krokiem ruszył w stronę wspomnianej ulicy. Emhyr nie miał innego wyjścia niż tylko wsiąść do auta i poczekać na partnera. Przez minutę przełączał stacje radiowe, szukając wiadomości, aż w końcu wyłączył radio całkowicie i siedział w ciszy. Wytrzymał 40 sekund i odpalił samochód, a potem ruszył w stronę ulicy, w której zniknął Meredid. Od razu napotkał zakaz wjazdu. Zatrzymał się i zaczął rozważać złamanie zakazu, ale chwilę później ujrzał postać drepczącą żwawo w jego stronę. Meredid wsiadł do auta z miną, którą ludzie mniej emocjonalni, tacy jak Emhyr, nazwaliby podekscytowaniem.

– Wiesz, co mi się trafiło? – spytał, gdy Emhyr wycofywał auto z jednokierunkowej. – Pod śmietnikami spotkałem starszego pana. No, starszego niż my. Spytał mi się, czy to, co wieszam, to stary chleb. Strasznie się ucieszył, gdy mu powiedziałem, że tak. Od razu wziął całą reklamówkę! Ale to miłe, że nie dość, że nie struliśmy kaczek, to jeszcze nakarmiliśmy głodnego i spełniliśmy miłosierny uczynek, prawda?

Jakie „my” – pomyślał Emhyr. Na głos powiedział tylko:

– Prawda. Miło.

– W ogóle to ten pan wcale nie wyglądał na bezdomnego ani nic, dziwne – zastanawiał się dalej Meredid.

Prawdopodobnie dlatego, że to nie był żaden bezdomny, ale jakiś dziad, który zwyczajem krakowskich dziadów zajmuje się hodowlą kur lub gołębi i sam im rzuci ten chleb – pomyślał Emhyr, ale nie powiedział tego na głos, widząc szczęśliwą minę Meredida.