Actions

Work Header

Paradygmaty literatury małostkowo-hedonistycznej

Chapter Text

Letnia woda popłynęła niemrawo z kranu. Mererid odkręcił kurek delikatnie, żeby nie zmarnować zbyt dużo wody; spodziewał się, że trochę czasu spędzi na doprowadzaniu się do porządku. Przemył twarz i pochylił się nad umywalką, ale nie spojrzał w lustro.  Ostrożnie dotknął brwi, która zdążyła już opuchnąć w wyczuwalnym stopniu. Raz za razem oblizywał rozbitą wargę, czując w ustach słonawy posmak krwi. Krwi zmieszanej z… prawdopodobnie potem, uznał. Na pewno nie łzami, to by było dziecinne. W końcu to tylko sprzeczka, która rozkręciła się za bardzo. Oczywiście nie wyrwała się spod kontroli, w końcu Emhyrowi nic nie wymyka się spod kontroli. Ale jednak… Mererid czuł, że narasta w nim gniew i poczucie niesprawiedliwości. Szybko je zdusił.

Zza drzwi łazienki dobiegł go cichy głos. Odwrócił się gwałtownie, ale drzwi pozostały przymknięte. Chwila nasłuchiwania pozwoliła mu stwierdzić, że to po prostu jakiś program informacyjny w telewizji. Mererid spojrzał w końcu w lustro. W gruncie rzeczy, fizycznie nie było z nim źle.

– Gdybyś tylko zrobił tak, jak powiedziałem…

– Chciałem dobrze, nie mogłem tego tak zostawić!

– I tak w niczym nie pomogłeś! Miałeś siedzieć w aucie! – Emhyr niemalże warczał. Mererid zwalczył chęć wycofania się i brnął w dyskusję.

– Nie możesz mi po prostu kazać siedzieć cicho za każdym razem, gdy…

– Właśnie, że mogę! – mężczyzna zbliżył się do Mererida, w gniewie zaciskając pięści.

– Emhyr, błagam, przesadzasz…

ŁUPS!

Mereridowi zadzwoniło w uszach, gdy jego policzek zderzył się ze ścianą przedpokoju. Przez moment czuł tylko fakturę farby, a potem palce Emhyra wysuwające się z jego włosów.

Z lustra spoglądała na niego jego normalna twarz. Fakt, łuk brwiowy miał cały napuchnięty i czuł nieprzyjemne pulsowanie przy mruganiu. Rozbita warga będzie mu się dawała we znaki przy każdym jedzeniu przez dłuższy czas, ale to nic. To tylko drobna niedogodność. Zadrapania na policzku szybko się zagoją, krew z wargi przestanie lecieć już za chwilę i będzie po sprawie… chyba. Mererid poszukał w szafce środka dezynfekcyjnego i wacików. Niestety, Emhyr miał tylko wodę utlenioną, więc mężczyzna musiał zadowolić się kawałkiem papieru toaletowego nasączonym cieczą. Bezgłośnie syknął, gdy woda utleniona weszła w kontakt z jego wargą. Odruchowo zawinął wargę do środka ust i poczuł gorzki smak środka dezynfekcyjnego. Przetarł zadrapania na policzku i znów spojrzał w lustro.

Zdziwione spojrzenie Emhyra było pierwszym, co zobaczył po otwarciu oczu. Sam również był zdziwiony. Co się przed chwilą wydarzyło? Czemu on na niego tak patrzy? I czemu boli go skroń?

Potarł dłonią usta i zobaczył na niej krew. Nadal lekko ogłuszony, ruszył powoli do łazienki, trzymając się asekuracyjnie ściany.

– Mererid. – Głos Emhyra był trochę zagniewany, a trochę błagalny. Mererid nie odpowiedział, ale wchodząc do łazienki, nie zatrzasnął za sobą drzwi.

Z niedowierzaniem macał swoją brew. Jeszcze przed chwilą spuchnięcie było ledwo widoczne, a teraz całą okolicę oka miał czerwoną od krwiaków. Nie mógł do końca otworzyć oka, nie mógł nawet się wykrzywić w bólu, bo tylko pogarszał sprawę. Przejrzał apteczkę Emhyra, ale nie znalazł niczego, co mógłby uznać za bezpieczny środek przeciwbólowy. Kątem oka dojrzał w oknie drzwi łazienkowych jakiś ruch. Emhyr stał za drzwiami i wpatrywał się w plecy Mererida. Przez ozdobne szkło nie mógł dojrzeć jego twarzy w lustrze. Mererid wbił więc spojrzenie w twarz drugiego mężczyzny, próbując odczytać z niej jakieś emocje. Skulił się, gdy dojrzał w niej gniew, ale zaraz potem uświadomił sobie, że to tylko szkło zniekształca wyraz twarzy. Mererid przemył raz jeszcze oczy i twarz chłodną wodą, ale gdy się w końcu odwrócił, za drzwiami nikogo już nie było.

Mężczyzna na miękkich nogach podszedł do wnęki między wanną a pralką. Oparł rozgrzaną brew o zimną krawędź wanny i zamknął oczy. Kojący chłód pozwolił mu na odzyskanie odrobiny spokoju. Ćśś, powtarzał w myślach. Nic się nie stało. To tylko drobne zadrapania. Chwycił dłońmi krawędź wanny i zacisnął na niej palce. Zaczął w myślach odtwarzać w kółko scenę sprzed paru chwil. Najpierw decyzja, żeby się sprzeciwić. Potem kłótnia, szansa na wycofanie się. Przepadło. Mererid zastanawiał się, czy aby na pewno zrobił dobrze. W końcu nie osiągnął nic poza stłuczoną głową i złym nastrojem Emhyra. Z drugiej strony, coś takiego nie powinno było się zdarzyć.

Mijały minuty, a galop myśli nieco spowolnił. Mererid siedział z zamkniętymi oczami oparty o ścianę i czekał, choć nie wiedział, na co. Im bardziej docierało do niego, co wydarzyło się na korytarzu, tym bardziej chciał coś zrobić. Odkręcił wodę w wannie, żeby zagłuszyła jego ciche zawodzenie. Nie płakał, nie szlochał, nie stękał, ale teraz, zamaskowany hałasem wody, nie potrafił powstrzymać głuchego, cichego jęku, który rodził mu się w sercu i przez gardło próbował wydostać się na zewnątrz.

Dobiegło go stukanie do drzwi. Szybko zakręcił wodę i zawołał:

– Otwarte!

Drzwi były tylko przymknięte, ale Emhyr nie wszedł do środka. Przez szybę majaczyła jego czarnowłosa głowa.

– Wszystko w porządku? – Głos Emhyra był najnormalniejszy w świecie. Mererid uśmiechnął się gorzko. Odchrząknął i odpowiedział, starając się mieć kontrolę nad własnym głosem:

– Tak, wszystko okej. Zaraz wyjdę.

Minęła długa cisza, aż w końcu zza drzwi doszło go wyblakłe:

– Ok.

Emhyr odprowadził go wzrokiem do drzwi łazienki. Usłyszał dźwięk odkręcanej wody i odetchnął ciężko. Kurwa, kurwa, kurwa – myślał. Teraz nie będzie miał spokoju przez rok. Poszedł do salonu i opadł na fotel, klnąc w myślach. Trzeba to będzie jakoś odkręcić, inaczej z Mereridem nie będzie się dało żyć.

Jego wzrok powędrował na ścianę w przedpokoju. Z fotela widać było dwa małe, ciemnoczerwone punkty dość świeżej krwi na białej ścianie. Dobrze, że kupił nieścieralną farbę. Przynajmniej nie będzie śladu.

Odczekał moment, aż usłyszał oddalające się kroki. Znów odkręcił wodę, ale tym razem usiadł na skraju wanny. Zawiesił wzrok na strumieniu wirującym wokół odpływu, niepomny wcześniejszej chęci oszczędzania wody. Uspokój się, nic ci nie jest – powtarzał w myślach, ale coś z tyłu głowy krzyczało, że owszem, jest. Nie tak miało być. W końcu nareszcie miało być dobrze w jego życiu.

No i będzie – skarcił się w myślach. To nic takiego, niewielka sprzeczka. Opuchlizna zejdzie, a oni się uspokoją i wszystko sobie wyjaśnią.

Wszystko będzie dobrze.