Actions

Work Header

Danse Macabre

Chapter Text

16 grudnia 1918 r.

Wiatr przestał nieść ze sobą grube płatki śniegu, zamierając powoli między londyńskimi uliczkami. Księżyc z przestrachem wychylił się zza chmur oświetlając trójkę mężczyzn, tak, by widzieli się doskonale. Mierzyli się spojrzeniami, milcząc zaciekle. Jakby mróz wyrwał im słowa z gardeł...

- Widzę, że nowa technika polowania na wampiry działa. - przerwał ciszę spokojny ton Stróża Priwen. Wampir spojrzał kątem oka na swojego partnera, doszukując się reakcji, jakoby cała ich relacja była jedynie grą, skrzętnie zaplanowaną przez Geoffreya. Zrobił to tylko dlatego by się do niego zbliżyć i pozbyć podstępem? Uznał, że konwencjonalnymi sposobami nie wygra? Co z czasem, który razem spędzili? W jak nieprzychylnym kształcie musiały ułożyć się gwiazdy, że doszło do tej sytuacji? Z zamyślenia wyrwał go głos nieznajomego. - Dał szef radę, nie powiem. Kawał dobrej roboty. - mężczyzna stawiał kroki powoli w ich kierunku, tym samym odrobinę zagłuszając głęboki głos Jonathana.

- O czym on mówi? - beznamiętny ton obudził McCulluma z letargu. Był w szoku, nie mniejszym niż Reid. - Wytłumacz mi to...

- Ja... - spojrzał na jednego i drugiego, zatrzymując wzrok na twarzy swojego kochanka, kompletnie nie wiedząc co powiedzieć.

- To co między nami było... to kłamstwo? - nie chciał na niego patrzeć, nie teraz. Starał się opanować, starał się zrozumieć. Kiedy nieproszony mężczyzna zbliżył się do nich za bardzo Jonathan zatrzymał go ruchem dłoni, używając wampirzych umiejętności by pozbawić obcego możliwości ruchu. - Odpowiedz. - nie patrzył wprost ale zobaczył jak Geoffrey zaczął drżeć. Nie wiedział czy z zimna czy ze strachu...

- Nie wiem. - parsknął poddenerwowany, kompletnie zapominając jakie Reid zadał mu pytanie. Zorientował się zbyt późno.

- Czyli przyznajesz, że wiesz o czym on mówi? - zwrócił się ku niemu, sprawiając wrażenie jeszcze zimniejszego niż przedtem.

- Nie wiem! - wyparował, nie wiedząc już na które pytanie właśnie odpowiada. Chyba było już za późno by odpowiadać na którekolwiek.

- Pomogę Ci. - zaśmiał się krótko, ale nie był to jego naturalny głos. - Czy cokolwiek, co zrobiłeś w przeciągu ostatnich dni, było szczere? - odpowiedziała mu martwa cisza, przez którą był jeszcze bardziej rozżalony. Nie, nie był wściekły, było mu po prostu przykro. Miał nadzieję, że po Elisabeth wszystko się ułoży, nawet jeśli miałby być sam i już nigdy więcej nie zaznać tego uczucia... Jednak ON znów się pojawił, sprawiając, że ponownie chciał kogoś kochać... Na co mu to było? Bez słowa odwrócił się do niego bokiem i ruszył przed siebie. W ostatniej chwili gdy mijał obcego uniósł wysoko dłoń zaciskając ją w pięść, pozbawiając tym samym życia biednego Stróża, który padł płasko na ośnieżoną ulicę, roniąc krwawe łzy pękniętego serca, choć nie robił tego z powodu straty wampira... On sam już więcej się za siebie nie odwrócił... Zniknął.

Czy powinni za sobą gonić? Tęsknić w mrokach osamotnionych pokoi? Wzdychać z bólem w puchowe poduszki? Szeptać swe imiona w zaparowane szyby, które nigdy nie wyjawią ich sekretów? Ronić w żalu łzy? Szczękać w zimnie zębami, przypominając sobie o cieple jakie dawał ten drugi? Przyjmować z posępnością ciemność, która atakuje ich oczy po zmroku? Odchodzić powoli w niepamięć świata i siebie samych? Przepaść?

Granatowa sukienka rzucona w odmęty szafy, złożona jak do grobu w ciemne pudło, dalej pachniała jego perfumami gdy się doń przytulał.

Biała, koronkowa bielizna, leżąca na rozgrzanym kaloryferze dostatecznie dobrze przypominała mu ich pierwszą noc razem.