Actions

Work Header

Zgadzając się na sen

Chapter Text

An artist is a dreamer consenting to dream of the actual world.

(„Artysta jest marzycielem zgadzającym się na sen o rzeczywistym świecie.”)

George Santayana

*

- Wejdź, proszę – rzekł Hannibal. Odsunął się na bok, gestykulując w stronę wnętrza biura.

Will zrobił dwa kroki i zatrzymał się. Końcówki ust Hannibala zacisnęły się. Było to ledwie mgnienie ruchu, ale Will wyłapał je. Przed spotkaniem spędził trzy godziny w kostnicy. Jej zapach miał tendencję do utrzymywania się.

- Pewnie nie chcesz w tej chwili przebywać ze mną w zamkniętej przestrzeni. Przekładamy spotkanie?

- Być może wyjdziemy na spacer? – odparł Hannibal. – Chętnie skorzystałbym z okazji do przewietrzenia głowy.

- Jasne.

Hannibal wyjął swoją torbę i płaszcz z małej szafy przy wyjściu. Pogasił światła, jedno po drugim.

- Czy zawsze nasze spotkanie jest twoim ostatnim? – zapytał Will.

- Tak. Zazwyczaj nie widuję pacjentów po dziewiętnastej.

Will zmarszczył brwi.

- Nigdy o tym nie wspominałeś. Wyrobiłbym się na wcześniejszą godzinę.

- Preferuję widzieć się z tobą pod koniec.

Will nie wiedział, co na to odpowiedzieć, co poczuć na widok uśmiechu towarzyszącego słowom. Nawet gdy zderzyli się z zimnym powietrzem ulicy, wciąż czuł ciepło.

Wiatr uderzał w nagie drzewa. Słońce uciekło przed wzrokiem godzinę temu. Garstka ludzi na ulicy spieszyła się do domu, głowy opuszczone, ręce wciśnięte głęboko w kieszenie.

- Ciężko mi to sobie wyobrazić, ciebie potrzebującego przewietrzyć głowę – oznajmił Will.

- Ja także spędzam dnie zaplątany w umysły innych ludzi.

- Nie sądzę, żebyś miał zbyt duże trudności z wyplątaniem się.

- To zależy od pacjenta.

- Jakiego rodzaju pacjenta miałeś na ostatnim spotkaniu?

- Całkiem przeciętnego, neurotycznego, z tendencją do pocenia się.

Will potrząsnął głową i powstrzymał uśmiech.

- Niemiłe słowa, doktorze Lecter. Niezbyt profesjonalne.

- Wybacz mi – powiedział Hannibal, oczy jasne od rozbawienia. – Ten dzień wydawał się dłuższy niż zwykle, a ja mam niefortunnie wrażliwy zmysł zapachu. Czasem użyteczny, jednak częściej jest on dla mnie ciężarem.

- Jak bardzo wrażliwy?

- Twoja wizyta w kostnicy stała się natychmiast oczywista. Mógłbym także powiedzieć ci, co jadłeś na lunch. Z bliższej odległości mógłbym wskazać twój szampon.

Will uniósł brwi.

- A więc co jadłem na lunch?

- Kanapkę z pastą z tuńczyka. W paście było za dużo musztardy. Na komercyjnym białym chlebie, który nazywam chlebem tylko dlatego, że nie ma on innej przyjętej nazwy.

Will postanowił zaopatrzyć się przed następnym spotkaniem w gumę do żucia lub miętówki. Jednak większa część jego uwagi była poświęcona dopasowaniu tego stwierdzenia do wiecznie ewoluującej idei Hannibala, którą tworzył we własnym umyśle. Zorientował się, że był osobliwie zachwycony tym nowym fragmentem, dziwniejszym niż reszta, i gotowością Hannibala do podzielenia się nim.

- Nie da się wyczuć zapachu chleba – odpowiedział mu Will. – Chleb nie pachnie.

- Prawdziwy chleb pachnie, ale przyznaję, że ta część stwierdzenia była przypuszczeniem, opartym na mojej wiedzy o tobie i twoim pochodzeniu.

- Mam pochodzenie białego, sklepowego chleba?  Jestem całkiem pewien, że powinienem się poczuć urażony.

- Ale nie jesteś. Twoja przeszłość nie martwi cię zbytnio. Twoje kompleksy leżą gdzie indziej.

Will odwrócił wzrok w kierunku ulicznych lamp i ciemnych domów.

- A gdzie leżą twoje kompleksy?

- Nie w mojej przeszłości, to na pewno. Wyszliśmy poza własne dzieciństwo.

- Opowiedz mi o swoim dzieciństwie – poprosił Will.

Hannibal był cichy przez następne pół osiedla. Zatrzymali się na skrzyżowaniu, wystarczająco daleko, by błoto chlapiące spod kół przejeżdżających samochodów ich nie dosięgło.

- Zapach sosny i śniegu – powiedział Hannibal. – Ciemny żytni chleb i woda spod ziemi, tak zimna, że niesie ze sobą wspomnienia dawnych lodowców.

Will spojrzał na niego. Hannibal pozwolił mu na to, samemu obserwując ruch drogowy.

- Tęsknisz za tym? – spytał Will.

- Czasami.

- Wróciłbyś do tych czasów?

- A ty?

Gdy światło się zmieniło, przeszli przez jezdnię i kontynuowali spacer. Will postawił swój kołnierz, ale wiatr wciąż parzył jego skórę. Zgarbił ramiona i pochylił głowę.

- Czasami myślę, że powinienem – powiedział. – Olej napędowy i sól. Wędkowanie wśród fal. Wiem, że byłoby to dla mnie lepsze. Wiem, że przeżyłbym dłużej.

- A jednak kontynuujesz.

- Pomagam ludziom.

- Ratujesz życia – stwierdził Hannibal.

- Tak.

- Dlaczego?

- W jakim sensie „dlaczego”?

- To motywacja, której nikt nie kwestionuje. Patrząc na twoje cierpienie, które jest wynikiem ratowania ludzi, być może to pytanie powinno zostać zadane.

Will nie mógł znaleźć na to odpowiedzi. Kroczyli w ciszy, dopóki nie doszli do następnego skrzyżowania. Will zobaczył autobus i kałużę błota, zanim jeszcze nastąpiło ich zderzenie ze sobą. Bez zastanowienia wysunął się przed Hannibala i przyjął na plecy lodowaty rozbryzg. Z powodu tego ruchu znalazł się bliżej Hannibala, niż zamierzał.

Hannibal uśmiechnął się do niego w ten jego minimalistyczny sposób, ze zmarszczkami wokół oczu i wrażeniem ciepła, i prawie że niczym innym.

- Bardzo rycersko – stwierdził.

Will niezręcznie wzruszył ramionami.

- Wszystko, co mam na sobie, można wsadzić do pralki.

Hannibal rozwiązał swój szalik i zaplątał go na szyi Willa, chowając częściowo pod kurtkę.

- Już nie. Kaszmir i jedwab. Dbaj o niego, proszę.

- Nie, weź przestań…

Will pociągnął za szalik, ale Hannibal powstrzymał go lekkim dotykiem na środku klatki.

- Weź go – powiedział. – Jesteś za lekko ubrany, a spacer był moim pomysłem. Nie chcę, żeby ci było niewygodnie.

Lekki materiał utrzymywał ciepło skóry Hannibala blisko szyi Willa. Nie chciał tego stracić.

- I było to zgodne ze zwyczajem, by rycerz otrzymał pamiątkę od swej damy, idąc na bitwę – rzekł Hannibal, twarz perfekcyjnie poważna, oprócz prowokującego błysku w jego oczach.

Will musiał się uśmiechnąć. Spojrzał w dół i potrząsnął głową.

- A teraz się ze mnie śmiejesz.

- Być może. Chodź, pospacerujmy jeszcze.

Lekki dotyk Hannibala sprawił, że ruszył do przodu. Przez sekundę albo dwie szli ramię w ramię. Willowi podobał się nacisk dłoni Hannibala, umoszczonej w zgięciu jego łokcia tak samo, jak podobał mu się szalik wokół swojej szyi. Może bardziej.