Actions

Work Header

DREZNO - LWÓW

Chapter Text

Ranny pociąg do Lwowa terkotał po szynach. Za oknem uciekał świat, jeszcze bardzo pusty i piękny. Na trawie, listkach drzew i inszych zieleniach brylanciła się rosa, co zwiastowało ciepły dzień. Słońce dopiero się skradało ku górze. Niebo wyglądało niczym z łakomych marzeń tuwimowego Dyzia; pierzaste, kremowe chmurki ukręciły się w kształt lodów, tortów, ciastek, a niebo wyglądało jak oblane wanilią i koktajlem malinowym. „Wyciągnąłbym tylko rękę i jadł, i jadł, i jadł..."

Juliusz, poprawiwszy kołnierzyk koszuli, wrócił do obserwowania świata za oknem. Przyłożył palce do nieco zabrudzonej szyby, a gdy zorientował się, że w istocie, pełno na niej podejrzanych zarazków, odsunął rękę w trymiga. 

Spojrzał od niechcenia kątem oka na zegarek: dochodziła szósta. Mógłby jeszcze pospać, choć był na to zbyt już rozbudzony i żywy, zresztą; mara dotąd dla niego była ucieczką, a teraz jej nie potrzebuje – miał w sobie głęboką, jasną pogodę ducha, żywą i wielką. Nawet gorzkie spotkanie z poganiającym go agentem albo ojczymem [zbliżające się nieubłaganie] nie zmąciłaby mu tej wewnętrznej idylli. Zapragnąłby nigdy już nie spać, gdyby resztę życia miał w sobie tyle dobrego.

I nagle, zegarek! przez dróżki skojarzeń, Słowacki przypomniał sobie: Zygmunt nie lubi nosić zegarka na nadgarstku! 

Chwycił za zeszyt, który wyciągnął wcześniej z walizki. Oparł się wygodnie i położył go na kolanach, jednak po chwili przycisnął go do szyby. Słowacki skręcił się, jakby miał wadę kręgosłupa, i zaczął zamaszystymi ruchami długopisu opisywać Niebo i niebo, wiedziony błyskiem inspiracji. 

Czuł, że kołysze się pośród obu, brodząc coraz śmielej, sięgając coraz wyżej. 

Och, panie Krasiński!, pomyślał. I postawił kropkę po ostatnim słowie.

***

Włączył telefon, i tak, jak się spodziewał, znów zaczęła go zalewać fala wiadomości. W tej chwili pewne rozsierdzenie jednej, wiadomej osoby obchodziło go tyle, co zeszłoroczny śnieg. A błahe informacje z jej światka zbyt drobnostkowe, by można było stracić czas na odczytywanie ich. Pewnie już niedługo będzie zżerał go stres z tego powodu, ale jak na razie cieszył się słodką chwilą mentalnej wolności. W końcu nie oddychał tylko dla ojca. 

W tej kojącej, miękkiej ciszy, uśmiechał się do sufitu, do łóżka, do lamp, do pustego telewizora, do każdej ze ścian. 

Stanął naprzeciwko wysokiego pasa okna. Patrzył się w nieokreślony, odległy punkt za horyzontem, szacując, w ilu krokach mógłby ją pokonać; w ilu szybkich, w ilu woolnyych, w ilu ryt-micz-nych. 

Zaczął wystukiwać na klawiaturze nową wiadomość. Coś go ściskało, gdy widział, że ostatnią napisał w lutym, dwa tysiące piętnastego roku. 

„Spokojnej podróży, Julek, uważaj na siebie. Dołączę do was najpewniej za trzy dni, wezmę urlop, o nic się nie martw. Jednak, zaklinam cię: jeśli objesz wszystkie krzaki agrestu beze mnie, pożałujesz! I nie podoba mi się twój nawyk, musimy nad tobą popracować, mój miły. Chciałbym, pewnie wiesz jak bardzo, być panem czasu i być już tam z tobą, przesuwać wskazówki i już nigdy nie zaznać tęsknoty. Pamiętaj, pozdrów swoją mamę ode mnie. I  c z e k a j, bo nic innego nam nie zostało!"

Zygmunt  nacisnął kropkę na klawiaturze z telefonu, potem skierował palec na znaczek „wyślij". I wyciszył urządzenie. 

Wiedział, że przed nimi dużo pracy, wysiłku i że jeszcze nie wszystko jest tak, jak chcieliby, żeby było. Potrzebują czasu, bo i tak go zaniedbali i pozwolili, aby przesypywał się między ich palcami. Muszą nauczyć się rozmawiać, poświęcać i zacząć rozumieć świat z innego punktu, niż ich sam, jedyny, właściwy i najlepszy [tak myśleli].

Właściwe używanie słów już opanowali, zrobili skok wprzód; na razie było w miarę dobrze. 

– Będzie dobrze – usłyszał własny głos. 

I w to uwierzył; naprawdę, wierzył w to całym sobą. Będzie dobrze.