Actions

Work Header

Bodyguard

Chapter Text

Wiem, że rozdział miał się pojawić na początku września, jednak brak czasu, weny, jakiejś motywacji sprawił, że mamy listopad, a ja mam zapisane jedno zdanie rozdziału 7. I teraz mam pytanie do Was, czy ktoś tutaj w ogóle czeka na ciąg dalszy tej historii? Chciałabym ją doprowadzić do końca, ale nie wiem czy jest sens, bez czytelników tak naprawdę nie ma po co pisać...Dajcie mi znać w komentarzu :)

Pozdrawiam Natalia ;)

Chapter Text

-Że co?- Artur nie mógł uwierzyć własnym uszom- ojcze nie możesz mi tego zrobić!
-Mogę i robię- Uther Pendragon nie zaszczycił swojego syna ani jednym spojrzeniem podczas tej rozmowy
-Ale..
-Nie Artur, nie ma żadnego ale, jestem królem tego kraju, a co za tym idzie ty jesteś księciem i kiedyś mnie zastąpisz, jednak co najważniejsze jesteś moim synem i nie pozwolę żeby coś Ci się stało, szczególnie kiedy mogę temu zapobiec
-Jak niby? Naprawdę myślisz, że zatrudnienie Bodyguarda coś da? Przecież mam już ochronę, nie widzę jak dodatkowy jej członek może poprawić moje bezpieczeństwo.
-To osoba, która pokieruje Twoją ochronę i stanie się Twoim cieniem
-Moim czym? Chyba sobie żartujesz, jestem już dorosły i chyba mam prawo decydować o..
-Dosyć!- Uther rzadko się unosił, ale jeżeli już do tego dochodziło, nikt nie potrafił mu się przeciwstawić
-Dobrze ojcze, jeżeli tego chcesz- dopiero te słowa doprowadziły do tego, że Uther spojrzał na syna. Artur zaskoczony cofnął się o krok, jeszcze nigdy nie widział swojego ojca w takim stanie.
-Prawie Cię straciłem Artur, nie chce nawet sobie wyobrażać co by się stało gdyby ktoś nie krzyknął i nie odwrócił uwagi tego zamachowca....Kula mogła Cię zabić na miejscu.
-Ale nie zabiła, nawet mnie nie trafiła tato- kiedy te słowa nie przyniosły żadnego rezultatu, Artur westchnął pokonany- dobrze, zgadzam się.
Dopiero to zdanie sprawiło, że na twarzy Uthera zagościł delikatny uśmiech
-Zobaczysz nawet nie zauważysz zmiany, to bardzo wyszkolony chłopak
-Oj uwierz mi na pewno zauważę- dopiero po chwili sens słów Uthera do niego dotarł- zaraz, to ty go już wybrałeś?
-Oczywiście- Uther tylko wzruszył ramionami, zaskoczony reakcją syna
-Bez konsultacji ze mną, przecież sam powiedziałeś, że to będzie mój cień, chyba miałem prawo uczestniczyć w wyborze
-Artur nie było żadnego wyboru, powiedziałem Gajuszowi o swojej decyzji i polecił mi syna swojej znajomej, przejrzałem Jego akta i jeszcze dzisiaj się tutaj zjawi
-Świetnie po prostu świetnie- Artur ufał Gajuszowi, był to lekarz rodziny królewskiej i zaraz po ojcu najbliższa osoba dla księcia, jednak nie lubił być informowany o czymś po fakcie
-Oj nie przesadzaj, na pewno się polubicie- po krótkiej chwili wahania, dodał jakby od niechcenia- do tego ma takie same jakby to ująć poglądy na niektóre sprawy tak jak ty- Uther sugestywnie poruszył brwiami, Artur od razu wiedział, że ten widok będzie go prześladował do końca życia
-Chcesz w ten sposób powiedzieć, że jest gejem?- Uther pokiwał głową z takim uśmiechem, jakby ta rozmowa nagle sprawiała mu wielką radość
-Jeszcze lepiej, mam rozumieć, że spodziewasz się romansu niczym z Bodyguarda?- zanim Uther zdążył coś powiedzieć, Arturowi odpowiedział głos osoby stojącej za nim
-Na to bym nie liczył, nie jesteś tak ładny jak Whitney Houston- Uther zaśmiał się serdecznie i to był najprawdopodobniej pierwszy raz, kiedy Jego ojciec uśmiechnął się do kogoś obcego w ten sposób.
Artur obejrzał się szybko, w wejściu stał Gajusz, a obok niego najpiękniejszy mężczyzna jakiego w życiu widział...Zaraz co? Skąd to się w ogóle wzięło? Wzrok Artura szybko prześliznął się po sylwetce mężczyzny, dlatego dopiero po chwili zauważył, że ten patrzy prosto w Jego oczy i w momencie kiedy ich oczy się spotkały Arthur wiedział, że jest zgubiony. Nieznajomy odwrócił wzrok jednak książę dalej stał w tej samej pozycji jakby nie mógł wyjść z szoku.
-Panie pukałem, jednak chyba niedosłyszałeś, dlatego pozwoliliśmy sobie wejść
-Nic się nie stało Gajuszu- Uther zbył go machnięciem ręki, nieodwracając wzroku od chłopaka stojącego obok lekarza- a pan to pewnie Emrys, cieszę się, że udało się Panu tak szybko do nas dotrzeć- i ku zaskoczeniu Artura podszedł do niego i uścisnął mu dłoń
-To dla mnie zaszczyt Wasza Wysokość- mężczyzna delikatnie się ukłonił- i wystarczy Merlin, panie
-Doskonale, Merlin chciałbym żebyś poznał mojego syna Artura, oczywiście już pewnie znasz sytuację, poprosiłem Gajusza żeby Cię we wszystko wtajemniczył,
-Tak- kolejny ukłon, ktoś tutaj się chyba próbuje podlizać, pomyślał Artur z kpiną, szybko budząc się ze swojego odrętwienia, to miał być jego bodyguard, a nie obiekt westchnień na miłość boską. Nie czekając dłużej książę podszedł do rozmawiających mężczyzn z wyciągniętą dłonią
-Artur Pendragon, je...
-Wiem kim Pan jest- Merlin podał mu dłoń, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem, tak chłodnego przywitania książę jeszcze nigdy nie doświadczył
-Artur, myślę, że powinieneś Merlina przedstawić swojej ochronie, teraz będą pod niego podlegać
-Oczywiście zaraz po mnie- Artur nie mógł się powstrzymać od tego komentarza, wyczuwał, że ktoś musi pokazać temu całemu Emrysowi kto tu rządzi. Wydawało mu się, że od strony młodego mężczyzny usłyszał prychnięcie dziwnie podobne do słowa palant, ale zanim zdążył choćby zerknąć w tamtą stronę, słowa Jego ojca podziałały na niego jak kubeł zimenj wody
-Nie, Twoja ochrona od teraz podlega wyłącznie Merlinowi i to od niego będą przyjmować rozkazy dotyczące Twojego bezpieczeństwa
-Że co?
-Artur wydawało mi się, że tę rozmowę mamy już za sobą, a teraz panowie pozwólcie, że omówię pewną kwestię z Gajuszem- Artur już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, jednak wzrok ojca szybko go uciszył
-Dobrze ojcze- młodzi mężczyźni ukłonili się i wyszli.

Chapter Text

-Więc Merlin skoro masz być..
-Nie przypominam sobie żebyśmy przeszli na „Ty”, panie- oschły ton Emrysa zaskoczył Artura, nie był przyzwyczajony do takiego traktowania, oczywiście były osoby, które go nie lubiły, ale nie okazywały tego tak otwarcie, w końcu był księciem. Zerknął na swojego rozmówcę, lecz ten patrzył cały czas przed siebie, nawet nie zerknąwszy na Artura, dobrze skoro chce to tak rozegrać proszę bardzo.
-Dobrze, mam nadzieję, że się Panu u nas spodoba, nie wiem skąd Pan pochodzi- Artur mówiąc to trochę przyśpieszył, ale wydawało mu się, że usłyszał „oczywiście, że nie wiesz”- Przepraszam mówił Pan coś?
-Nie, Panie- Emrys szybko dorównał z nim kroku, a Jego oczy nadal nic nie zdradzały
-W każdym razie, na pewno nie jest Pan przyzwyczajony do takich luksusów- i tutaj Artur znacząco popatrzył na ubranie Merlina, choć było ono eleganckie (i lepiej, żeby Artur teraz nie podziwiał tego jak biała koszula i czarna marynarka bardzo pasowały do twarzy chłopaka), było widać, że należały do taniego gatunku.
-Ma Pan rację, nie lubię otaczać się luksusem, jeszcze bym zapomniał, że jestem zwykłym człowiekiem, tak jak co poniektórzy
-Co? Ja nie..
-Czy to tutaj?- Artur z tego wszystkie nie zauważył, że doszli do celu, popatrzył zaskoczony na drzwi, które jakby znikąd pojawiły się przed nim, musiał tak stać troszkę za długo, ponieważ Emrys westchnął cicho - ach przepraszam, pewnie potrzebuje Pan bardziej szczegółowego i skierowanego do Pana pytania, w końcu my prości ludzie nie umiemy się dobrze wyrażać, więc pozwoli Pan, że zapytam jeszcze raz? Czy te drzwi prowadzą do pomieszczenia, w którym znajduje się pańska ochrona, panie?- Merlin był chyba jedyną osobą na świecie, która potrafiła sprawić, że słowo „panie” zabrzmiało jak obelga i jedyną, która w ten sposób odzywała się do księcia
-Tak, tutaj znajduje się ochrona królewska, są najlepiej wyszkolonymi osobami w tym kraju i nie będą podlegać byle komu, więc na Twoim miejscu postarałbym się o lepsze pierwsze wrażenie niż te, które wywarłeś na mnie- Artur nie czekając na odpowiedź Merlina, wszedł do pokoju.
Na Jego widok, ochroniarze wstali z szacunkiem, jednak dopiero na widok mężczyzny wchodzącego za nim, stanęli na baczność.
No świetnie, pomyślał Artur pewnie ojciec ich uprzedził, ale kiedy? Przecież razem z nimi wrócił wczoraj wieczorem, a dzisiaj z samego rana wezwał do siebie Artura.
-Panowie, czy zostaliście poinformowani o tym, że król postanowił zatrudnić bodyguarda?
-Tak, Gajusz nas o tym poinformował, panie- Lancelot odpowiedział, z delikatnym ukłonem.
W ochronie księcia najpierw pojawił się Leon, wcześniej był on ochroniarzem króla, Lancelot był pierwszym ochroniarzem, którego wybrał sam Artur, następnie do niego dołączył Gwaine, który został polecony przez Lancelota, panowie znają się od małego, niedługo po nich dołączył Percival.
Wszystkie spojrzenia czterech ochroniarzy były skierowane na Merlina, a ten wodził wzrokiem po twarzach swoich nowych podwładnych obojętnym wzrokiem, Artur czuł się jak intruz, nigdy nie widział swoich ochroniarzy tak poważnych i uległych, czyżby Emrys faktycznie znał się na swojej pracy?
-Długo mamy tak jeszcze stać bo jest to trochę męczące- Gwaine przerwał ciszę
-Gwaine- Lancelot skarcił go cicho, ale na Jego ustach pojawił się uśmiech, który również pojawił się, ku zaskoczeniu Artura na ustach Merlina
-Nie, przecież to wy to robicie, nikt nie kazał Wam stać- w głosie Emrysa, Artur po raz pierwszy usłyszał coś na kształt rozbawienia
-No dzięki Merls, my się tu staramy, a ty jak zwykle z nas żartujesz
-Ja i żarty? Myślałem, że chcieliście odśpiewać mi pieśń powitalną, dlatego czekałem- Merlin niewinnie wzruszył ramionami..zaraz „Merls”? Czy oni się znają? Artur nie wiedział co o tym myśleć.
-Ha ha ha, bardzo śmieszne, widzę, że Twoje poczucie humoru jest nadal na tym samym poziomie
-Tak nadal na tym samym wysokim poziomie, ale może w końcu przywitacie mnie z należytym szacunkiem?- uśmiech zniknął z twarzy Merlina w mgnieniu oka. Gwaine jakby tylko na to czekał, już po chwili był przy Emrysie i go obejmował. Książę już był pewny, że jak zwykle coś go ominęło, jednak nie miał zbyt dużo czasu, żeby się nad tym zastanowić, zafascynowany przemianą jaka dokonała się w całej postaci Merlina, w jednej chwili maska obojętności spadła z Jego twarzy, uśmiechał się szeroko, poklepując Gwaine'a po plecach, po czym śmiejąc się z tego co ten powiedział mu na ucho, delikatnie go odepchnął i podszedł do Lancelota, który tak samo jak Gwaine na nic nie czekając objął go. Merlin po chwili podszedł, do dwóch pozostałych, jak dotąd milczących ochroniarzy z wyciągniętą ręką
-Cześć, my się jeszcze nie znamy jestem Merlin- Leon i Percival, patrzyli z lekkim wahaniem na wyciągniętą w ich stronę dłoń- nie wiem co Wam Gajusz naopowiadał, bądź ta dwójka, ale nie gryzę i nie mam kompleksu wyższości jak co poniektórzy- tu znacząco popatrzył na Artura, jak tylko ich oczy się spotkały, w oczach Merlina można było dostrzec chłód.
Książę coraz bardziej czuł, że to będzie trudna współpraca.

Chapter Text

-To wy się znacie?- zapytałem Lancelota, chcąc przypomnieć wszystkim o swojej obecności w pokoju.
-Merlin, Gwaine i ja można powiedzieć, że dorastaliśmy razem, razem przeszliśmy szkolenie, Merlin był z nas najlepszy, dlatego został oddelegowany do innych celów- przy końcówce głos Lancelota trochę się zawahał, zerknąłem na Emrysa, ale ten znów miał na twarzy maskę, a w oczach chłód
-Tak do innych celów, a teraz jest naszym szefem, coś poszło nie tak Merls- zdążyłem się już przyzwyczaić do poczucia humoru Gwaina, a raczej nauczyłem się ignorować większość wypowiedzianych przez niego słów, jednak tym razem musiałem się z nim zgodzić. Choć dla wielu służenie rodzinie królewskiej byłoby największym zaszczytem, Merlin nie sprawiał wrażenia zachwyconego
-Myślę, że mógł trafić gorzej Gwaine, ochrona następcy tronu to odpowiedzialne zadanie, wymagające niebywałych umiejętności, oraz dające możliwości dalszego rozwoju- wypowiedziałem te słowa jedynie aby uzyskać jakąś reakcję od Emrysa, lecz ten nawet nie mrugnął
-Yyy to był cytat z jakiejś książki księżniczko?- przewróciłem tylko oczami słysząc dobrze mi znane przezwisko, które Gwaine nadał mi po pewnym incydencie, do którego nie chcę w tej chwili nawet wracać myślami. Merlin popatrzył zaskoczony na swojego przyjaciela, przez chwilę w Jego oczach zagościło rozbawienie, ale już po chwili wrócił dobrze mi znajomy chłód.
-Bardzo śmieszne Gwaine, akurat Ciebie nie podejrzewałbym o to, że rozpoznasz cytat z książki
-1:1 księżniczko- westchnąłem kręcąc głową, już dawno przestałem oczekiwać od Gwaina jakiegokolwiek szacunku, ważne, że wiem, że mogę na niego liczyć w każdej sytuacji, jak na resztę moich ochroniarzy. Choć w prasie nie miałem zbyt dobrej opinii, dziennikarze uwielbiają afery związane z rodziną królewską i szczególnie w tej sferze mają bardzo wybujałą wyobraźnie. Nie jestem zapatrzonym w siebie księciem i nie wywyższam się nad służbę, owszem mam ciężki charakter, ale Ci którzy znają mnie osobiście wiedzą, że dla swoich ludzi jestem wstanie zrobić wszystko. Myślałem, że czas na udowadnianie komuś kim jestem minął, jednak po spojrzeniu Merlina, jednak byłem w błędzie
-Dobrze żeby uzyskać możliwość dalszego rozwoju- głos Emrysa wyrwał mnie z odrętwienia, po wypowiedzeniu tych słów spojrzał na mnie znacząco- może przejdziemy do tego dlaczego się tutaj spotkaliśmy
-Myślałem żeby się przytulić- jedno spojrzenie Emrysa wystarczyło żeby z twarzy Gwaina zniknął uśmiech, a pojawiła się powaga i skupienie, czyli coś czego nie jestem w stanie uzyskać przykładając mu pistolet do czoła i kto tu ma władzę?
Obserwowałem z zaskoczeniem, jak cała moja ochrona zbiera się przy stole, patrząc wyczekująco na mojego bodyguarda, po raz kolejny tego dnia poczułem się nie na miejscu. Postanowiłem siedzieć cicho i poobserwować osobę, która będzie odpowiedzialna za moje bezpieczeństwo. Było coś przyciągającego w postawie Emrysa, czułem się jakbym widział go tego dnia w kilku wcieleniach, przy moim ojcu, profesjonalna uległość z domieszką stanowczości, z przyjaciółmi, zwykły chłopak z sąsiedztwa, przy mnie, aby zobrazować to jak najdokładniej, użyję słów ściana lodu, a teraz dowódca. Osoba, która potrafi wzbudzić Twój szacunek w sekundę, wywołuje respekt, ale jednocześnie wiesz, że bez obaw możesz do niej podejść i prosić o pomoc, przynajmniej takie w tej chwili wrażenie powinni odnieść moi ochroniarze, którzy jeden po drugim byli mierzeni przez Merlina wzrokiem.
-Zapewne wiecie dlaczego się dzisiaj tutaj znalazłem. Książę został zaatakowany, osoba, która powinna mieć najlepszą ochronę na świecie, o mało nie zginęła od kuli- ton głosu Emrysa, był spokojny, jednak było w nim słychać dziwną nutę, coś na kształt nagany, jednak wydawało się że nie jest ona skierowana do osób w pomieszczeniu.
Chciałem już powiedzieć, że przecież nic się nie stało, żyję na miłość boską, jednak Merlin podniósł rękę w moim kierunku, jakby wiedział, że chcę się wtrącić
-Tak, na szczęście nic się nie stało, ale chyba wszyscy tutaj wiemy dlaczego- yy wiemy? Czy on czyta mi w myślach
-Tak, panie- zaskoczony podniosłem wzrok żeby moje oczy spotkały spokojne spojrzenie Emrysa- wiemy- popatrzyłem na niego zaskoczony, czyżbym był jak otwarta księga czy po prostu ma mnie za idiotę?
-Skąd niby wiemy?- westchnął i pokręcił głową jakby obawiał się tego pytania
-Żyjesz, ponieważ nie chcieli Cię zabić
-Co?- zamurowało mnie- przecież ktoś spudłował, jak niby..
-Nie, było tam dużo ludzi, gdyby chciał kogoś trafić, to by trafił, to miało być coś na znak ostrzeżenia.
-Ostrzeżenia? Przed czym?- do tej pory nie bardzo myślałem o strzelaninie. Miałem być obecny na otwarciu Parku Narodowego, jedyne co miałem zrobić to przejść środkiem alei i przeciąć wstęgę, nie miałem nawet wygłosić przemówienia. Zatrzymałem się na chwilkę kiedy usłyszałem głos jakiegoś dziecka, które mnie wołało, chciałem tylko pomachać, jednak po chwili usłyszałem strzał i nagle wrzask paniki, zostałem otoczony przez ochronę i zaprowadzony do samochodu. To był tylko jeden strzał, dobra może zamach na moje życie powinien mnie bardziej przejąć, ale wziąłem to za jakąś amatorszczyznę. Z resztą sama myśl, że ktoś chciał mnie zabić nie wywołuje zbyt przyjemnych uczuć.
-Pomyśl, ktoś musiał Cię mieć na muszce, stałeś w miejscu, to nie była żadna wyniosła uroczystość, wszystkich miał podanych jak na talerzu, był oddalony, nie było szans go złapać i co? Postanowił strzelić w powietrze?- słowa Merlina były logiczne, jednak nadal nie rozumiałem do czego zmierzał
-No dobrze, chciał spudłować i spudłował, co mu to dało?
-Chociażby to, że teraz tutaj jesteśmy- popatrzyłem na niego sceptycznie, jeżeli to był wielki plan „zamachowca”, to nie widzę tutaj problemu.
-Myślę, że to nie jest główny problem, głównym problemem jest to, że zdołał ominąć ochronę królewską, a chyba dobrze wiemy co to oznacza- tym razem z opresji zrobienia z siebie nic nierozumiejącego idioty wybawił mnie Leon,
-Co to oznacza?
-Wiem, że przed każdym oficjalnym wyjściem ćwiczycie ustawienie, zawsze jest inne żeby nikt nie odkrył waszego schematu, tym razem jednak ktoś go znał, a to oznacza, że mamy tu szpiega- ochroniarze zaczęli zerkać po pozostałych, jakby spodziewali się, że ktoś zaraz wstanie i powie to ja, jednak Merlin nie czekał na to- aby uniknąć jakiś nieporozumień zapytam tylko raz, czy to któryś z was?- miałem ochotę się roześmiać, ale Emrys zmierzył każdego członka mojej ochrony tak poważnym spojrzeniem, że balem się nawet głośno odetchnąć, co było w tym z pozoru niegroźnym mężczyźnie takiego, że budził taki respekt?
-Merlin chyba nie myślisz, że któryś z nas?- Lancelot nie musiał kończyć, wszyscy wiedzieli co oznaczają podejrzenia Emrysa
-Nie, ale musiałem się upewnić- te słowa nie usunęły napięcia, które pojawiło się w powietrzu. Emrys zwrócił swoją uwagę na Leona i Percivala- słuchajcie z Lancelotem i Gwainem znam się od lat i im ufam, a oni ufają wam, na początek to mi wystarczy, musimy się bliżej poznać, ale wiedzcie, że gdybym któregokolwiek z was podejrzewał już by go nie było w tym pokoju. Tak naprawdę jestem pewny, że to ktoś spoza całej ochrony, ale ktoś kto pracuje na terenie królestwa, chciałbym żebyście się poważnie zastanowili nad tym czy przypadkiem ktoś nie zaczął się ostatnio dziwnie zachowywać wobec was, czy coś nie wzbudziło waszego zdziwienia, może jakieś pytanie, albo chociaż spojrzenie, to dotyczy wszystkich- tutaj Merlin spojrzał na mnie- chciałbym żebyś też się nad tym zastanowił, panie- i znowu tytuł wypowiedziany jak obelga, kiwnąłem głową na znak zgody, choć w duchu nie wierzyłem, żeby ktoś z mojej służby był do tego zdolny.
-Ale co dalej?- po raz pierwszy odezwał się Percival
-Czekamy na kolejny krok, myślę, że po ostrzeżeniu będą chcieli się skontaktować bezpośrednio z księciem. Ten strzał to było tylko wybadanie sytuacji i zasianie niepokoju w królestwie
-Wydajesz się bardzo dobrze poinformowany- nie mogłem powstrzymać sarkastycznego tonu głosu, choć Merlin pokazywał sobą wyłącznie profesjonalizm, drażniła mnie Jego pewność siebie
-W drodze tutaj dokładnie obejrzałem film z całego wydarzenia, być może nie wierzysz, ale znam się na tym co robię i mam również doświadczenie, które pozwala mi szybko ocenić sytuację, jeżeli masz problem z tym co robię to musisz zwrócić się bezpośrednio do króla- co jak co, ale nie spodziewałem się tak agresywnej odpowiedzi, kątem oka widziałem, że Lancelot i Gwaine popatrzyli po sobie zaskoczeni
-To nie będzie konieczne, nie chciałem podważać Twoich kompetencji- tym razem to Merlin popatrzył na mnie zaskoczony, czyżby spodziewał się ataku z mojej strony?
-Tak w ogóle to gdzie będziesz spał?- Gwaine miał tendencje do łagodzenia wszelakich konfliktów, za co nieraz byłem mu wdzięczny i tym razem udało mu się odwrócić uwagę Emrysa ode mnie
-Jestem teraz czymś jak cień księcia, więc myślę, że z nim- powiedział to tak swobodnie, że dopiero po chwili dotarł do mnie sens wypowiedzianych przez niego słów. W jednej chwili całe napięcie uleciało z pokoju, Gwaine zaśmiał się głośno i popatrzył na mnie sugestywnie poruszając brwiami, kiedy reszta próbowała ukryć uśmiechy, chciałem coś powiedzieć, ale nawet nie wiedziałem co, ewidentnie Emrys żartował i choć był to żart dotyczący mnie, nawet na mnie nie spojrzał,k jakby już mnie tam nie było- oczywiście żartuję, jeszcze nie wiem, Gajusz powinien zaraz się tu zjawić i pokazać mi mój pokój
-W takim razie zostawiam was tutaj żebyście się lepiej poznali- wtrąciłem szybko, zanim ktoś zdążył coś powiedzieć, nagle poczułem się po prostu niezręcznie, jawna wrogość Emrysa sprawiła, że wolałem szybko opuścić pomieszczenie.
Wszyscy jak na komendę odwrócili się w moim kierunku delikatnie się kłaniając, uśmiechnąłem się kiwając głową i starając się złapać kontakt wzrokowy z każdym z moich ochroniarzy, jedynie oczy mojego bodyguarda umyślnie patrzyły gdzieś za mnie, nie tracąc chwili wyszedłem, słysząc tylko szept Merlina i śmiech Gwaina, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że Emrys ma jeszcze jedno wcielenie, które ukazuje się kiedy nie ma mnie w pobliżu.

Chapter Text

Zaraz po tym jak książę wyszedł, zjawił się Gajusz i zaprowadził mnie do mojego pokoju, który jak się okazało mieścił się obok pokoju księcia, a raczej na piętrze, które w całości należało do następcy tronu. Moje rzeczy zostały już tam zaniesione, wystarczyło tylko rozpakować walizki, rozglądnąłem się po pomieszczeniu, które miało być moim domem przez kolejne miesiące. Na przeciwko drzwi wejściowych było okno, z lewej strony pod ścianą stało wielkie łózko z baldachimem, obok szafka nocna, a obok niej szafa na ubrania, na środku stał stół przy którym stało sześć krzeseł, z prawej strony na ścianie wisiał telewizor, a obok była para drzwi, z zaciekawieniem do nich podszedłem, za jednymi kryła się sporych rozmiarów łazienka, a za drugimi coś na kształt gabinetu, były tam regały, na których znajdowały się książki, na środku stało biurko z komputerem. Czułem się jakbym był w mieszkaniu, każda rzecz wydawała się być nowa.
-Po co to wszystko? Wystarczyłby mi mały pokój, przecież mogę spać tam gdzie reszta ochrony- zapytałem Gajusza, który do tej pory milczał pozwalając mi wszystkiemu się przyjrzeć
-Tak zadecydował król, masz być osobistym ochroniarzem księcia., więc musisz znajdować się blisko, do tego wydaje mi się, że król liczy na to, że dzięki temu lepiej się poznacie i będziecie darzyć zaufaniem, które jak pewnie wiesz jest niezbędne do waszej dalszej współpracy- popatrzyłem sceptycznie na lekarza, Gajusz jest przyjacielem mojej rodziny od kiedy pamiętam, więc brak jakiejkolwiek reakcji na moje spojrzenie mnie nie zdziwił. Westchnąłem, zgodziłem się na tę posadę tylko ze względu na niego, przynajmniej tak starałem się sobie wmówić.
-Wiem, ale czy to konieczne?- jedyną reakcją jaką uzyskałem była słynna podniesiona brew, pamiętam jak w dzieciństwie się jej bałem, ale od tamtego czasu minęło kilka lat i wszystko się zmieniło, za dużo w życiu widziałem, moje myśli zbaczały na niebezpieczne tory, Gajusz jakby wyczuwając zmianę mojego nastroju, cicho westchnął i do mnie podszedł.
-Merlin wiem, że będziesz potrzebował trochę czasu żeby się przystosować, to dla Ciebie nowość tak samo jak dla księcia i wiem również, że jak na razie wasze stosunki można uznać co najwyżej za neutralne- spojrzałem na niego zaskoczony- minąłem się z nim, jak po Ciebie szedłem, pamiętaj, że znam Artura od urodzenia i potrafię rozpoznać jego emocje, nie wiem co mu powiedziałeś, al
-Dlacze..
-Ponieważ wiem jaki on jest, nie jest taki jak kreują go media, o Twoim pojawieniu się tutaj dowiedział się dopiero dzisiaj, nie był zadowolony, ale na pewno nie powiedziałby nic co umyślnie by cię zraniło. Ty z drugiej strony, bardzo dobrze wiem, że często powiesz coś bez zastanowienia, z resztą już podczas spotkania z królem wyczułem Twoją niechęć do księcia, nie wiem czym ona jest spowodowana, ale mam nadzieję, że będziesz profesjonalistą, to nie jest zabawa i wiesz o tym tak dobrze jak ja, o ile nie lepiej- poklepał mnie delikatnie po ramieniu, po czym spojrzał na zegarek- no nic zostawiam Cię żebyś mógł się zaaklimatyzować.
Patrzyłem jak drzwi zamykają się za medykiem, pomimo ciepłego uśmiechu na Jego twarzy, czułem się jakbym dostał reprymendę.

Przystosowany do częstego zmieniania miejsca zamieszkania, nie miałem za dużo rzeczy, toteż rozpakowanie się zajęło mi chwilę. Przydałoby się zrobić jakiś obchód, nie wiedziałem gdzie co jest, jednak wolałem to sobie zostawić na późnej. Z bagażu podręcznego wyjąłem swojego laptopa i udałem się do gabinetu, swój sprzęt położyłem na biurku i z zaciekawieniem podszedłem do okna, wychodziło na wielki ogród, z lewej strony były zwyczajne alejki parkowe, gdzieniegdzie postawione były ławki, wokół których rosły piękne kwiaty, wydawało się jakby było tam kilka różnych gatunków, jakby ktoś wymieszał nasiona i porozrzucał w wielu miejscach, wolałem sobie nie wyobrażać ile osób dba o taki wygląd. Z prawej strony dominowały drzewa, za nimi widać było małą łąkę, która w odróżnieniu od lewej strony ogrodu, nie wyglądała idealnie, można powiedzieć, że wyglądała jakby ktoś zostawił ją samej sobie, naturze, ale nie była zaniedbana, wyglądała po prostu bardziej naturalnie. Trawa była wysoka, lecz nie na tyle żeby ukryć polne kwiaty, tuż za łąką znajdowały się wielkie krzaki róży, czułem się jakbym patrzył na dwa różne ogrody, choć w jakimś sensie pięknie się dopełniały. Przesunąłem się w lewo aby zobaczyć co było dalej z prawej strony, widok trochę mnie zaskoczył, tuż przed murem ogradzającym cały teren królestwa znajdowało się coś na kształt labiryntu, pięknego zielonego labiryntu, a raczej pięknej pułapki czy kryjówki. Widok ten był trochę surrealistyczny, całkowicie odstawał od reszty wielkiego ogrodu, z drugiej strony miałem dziwne wrażenie, że jest to najważniejszy punk w tym krajobrazie. Z moich przemyśleń wyrwało mnie pukanie.
-Proszę- krzyknąłem wchodząc z powrotem do pokoju, kiedy w drzwiach pojawił się Lancelot
-O widzę, że się już zadomowiłeś- powiedział, rozglądając się dookoła,
-Oj do tego mi jeszcze daleko- odpowiedziałem z delikatnym uśmiechem, przyglądałem się z zaciekawieniem mojemu przyjacielowi, przez kilka ostatnich lat widziałem się z nim w przelocie, zresztą tak samo jak z resztą moich bliskich. Służba, tak lubiłem określać to co robiłem do tej pory, pochłonęła wszystko, mimo to Lanc i reszta to był stały element mojego życia, zawsze mogłem na nich liczyć i być przy nich sobą, niczego się nie wstydzić, dlatego zdziwił mnie przeszywający wzrok mojego przyjaciela. Machnąłem ręką w stronę krzeseł przy stole, coś czułem, że czeka mnie poważna rozmowa, na którą raczej nie byłem gotowy, z resztą wydaje mi się, że nigdy nie będę. Usiedliśmy, spojrzałem w kierunku okna, czekając na to, aż mój towarzysz przełamie ciszę
-Wiesz byłem zaskoczony kiedy usłyszałem, że przyjąłeś tę posadę- wzruszyłem niedbale ramionami, mając nadzieję, że to wystarczy- wiem, że Gajusz potrafi być przekonujący, ale mimo to nie spodziewałem się, że tak łatwo ulegniesz- kolejny raz wzruszyłem ramionami, nie wiedziałem co na to powiedzieć, nie chciałem mówić, że o powrocie myślałem już od jakiegoś czasu, a propozycja Gajusza była dla mnie jak gwiazdka z nieba. Nie chciałem się przyznać, że ledwo się powstrzymałem od wskoczenia w samolot od razu po rozmowie z medykiem- Merlin, dlaczego?- podniosłem wzrok zaskoczony, czy Lancelot powiedział coś kiedy nie słuchałem?- dlaczego akurat teraz?- westchnąłem cicho
-Nadarzyła się okazja to skorzystałem- wiedziałem, że ta odpowiedź nie usatysfakcjonuje mojego przyjaciela, ale innej nie miałem
-Ale dlaczego akurat teraz, dlaczego nie- zawahał się delikatnie, jakby wyczuwał mój dystans, co nie było zaskoczeniem, wiedziałem o co pyta- no wiesz wtedy
-Wtedy nie byłem gotowy- w moim głosie pojawiła się nutka agresji, wiedziałem, że Lancelot nie będzie naciskał, jednak czułem się niekomfortowo
-Rozumiem- kiedy na niego nie popatrzyłem, dotknął mojego ramienia- naprawdę rozumiem- nie rozumiał, ale nie miałem ochoty kontynuować tego temu- ale żeby akurat bodyguard?- zapytał już weselszym tonem
-Praca, jak każda inna
-Nie dla Ciebie- znowu wzruszyłem ramionami, czułem się jak na przesłuchaniu, a nienawidziłem tego uczucia. Posłałem Lancelotowi błagalne spojrzenie, naprawdę nie byłem gotowy, aby to wszystko roztrząsać- To może chociaż powiesz mi co się wydarzyło między Tobą, a księciem?
-Co się miało wydarzyć? Poznaliśmy się dopiero dzisiaj- odpowiedziałem najdelikatniej jak umiałem, temat księcia zdecydowanie był łatwiejszy, jednak i tak nie należał do tematów, jakie chciałem omawiać
-Jednak musisz przyznać, że zachowujesz się wobec niego trochę wrogo
-Nie wiem o co Ci chodzi- ledwo powstrzymałem się od wzruszenia ramionami
-Merlin, nie wiem dlaczego akurat ty ze wszystkich ludzi wyrobiłeś sobie zdanie o osobie, której nie poznałeś, ale uwierz mi jest ono błędne, Artur nie jest taki jak..
-Kreują go media, wiem!- odpowiedziałem, trochę zbyt głośno, Lancelot spojrzał na mnie zaskoczony, nie należę do osób, które podnoszą głos, a raczej nie należałem- przepraszam, po prostu już to słyszałem i nadal nie rozumiem dlaczego macie takie wrażenie, przecież chyba nikt się nie spodziewał tego, że zostaniemy od razu przyjaciółmi?
-Nie, nikt się tego nie spodziewał, ale wszyscy spodziewali się profesjonalizmu. Merlin nie możesz go ochraniać, jednocześnie go nie lubiąc, wiesz, że to jest niemożliwe.
-Wiem, ale ja..- Lancelot patrzył na mnie wyczekującym wzrokiem, starałem się jak najdokładniej ubrać w słowa to co czułem- dobra, przylatując tu, zajrzałem w internecie do różnych artykułów. Media twierdziły, że Artur jest zadufanym w sobie, rozpieszczonym chłopczykiem, który nie będzie w stanie przejąć władzy, do tego rozpisywali się o Jego romansach- mój przyjaciel chciał coś powiedzieć, ale go uciszyłem gestem- i tak, po tym co przeczytałem w mojej głowie pojawił się obraz Jego osoby, jednak kiedy tylko go zobaczyłem wiedziałem, że to może być błędny obraz, pomijając fakt, że jest palantem, jak na razie nie mam mu nic do zarzucenia
-Więc dlaczego tak się zachowujesz w stosunku do niego?
-Ponieważ chciałem żeby był zły- Lancelot popatrzył na mnie zaskoczony, westchnąłem wstając- Lanc to co widziałem, to co robiłem...Ja...- wziąłem głęboki wdech- zacząłem się zastanawiać kim jestem? Jakim jestem człowiekiem? Czy to co robiłem nie było czystym złem?- Lancelot otworzył usta, jakby chciał mi przerwać, ale zrezygnował, podszedłem do okna, obserwując dwóch strażników stojących przy bramie- kiedy tu leciałem, pomyślałem, że może nadszedł czas żeby odpokutować, może osoba, którą mam ochronić będzie zła, będzie egoistyczna, będzie miała wszystkie cechy, które mnie brzydzą, a mimo to moim obowiązkiem będzie oddanie za nią życia
-Chryste, Merlin..
-Nic nie mów, nic nie poradzę na to co myślałem, wiesz nawet się cieszyłem, tak Merlin to będzie Twoja kara, a kiedy zobaczyłem Artura wśród Was, księcia, który rozmawia z Wami jak równy z równym, coś we mnie pękło, zrozumiałem, że znowu stoję po dobrej stronie, czyli znowu będę miał krzywdzić ludzi, jakbym miał do tego prawo, znowu będę bezkarny.
Zamilkłem w mojej głowie znów pojawiły się obrazy, które chciałem zapomnieć, spojrzałem na swojego przyjaciela, ale ten nie patrzył na mnie
-Gdybym wiedział, to..
-To co? Nie pytałbyś? Powiedział Gajuszowi, że to zły pomysł? Lanc ja muszę zapomnieć, ja chcę zapomnieć i choć na to nie wygląda- poczekałem aż na mnie spojrzy- cieszę się, że tu jestem z wami- chciałem wzrokiem dać mu do zrozumienia, że temat skończony
-My też się cieszymy- delikatnie się uśmiechnął wstając- ale co do księcia, bądź bardziej otwarty, milszy, dobrze?- psychnąłem
-Ile lat się znamy? Na takie traktowanie to on musi sobie zasłużyć
-Merlin!
-Dobrze, już dobrze, postaram się, żebym przypadkiem nie uraził uczuć jej królewskiej mości- Lancelot pokiwał z niedowierzaniem głową, jednak uśmiech nie zniknął z Jego twarzy, po raz pierwszy tego dnia poczułem, że może wszystko się ułoży- dobra, to skoro już mnie przesłuchałeś, oprowadzisz mnie po tym mało strzeżonym więzieniu?
-No wiesz co, jestem członkiem ochrony, więc ta zniewaga dotknęła mnie osobiście. Chętnie Ci udowodnię, jak bardzo to więzienie jest strzeżone- i z wysoko podniesioną głową ruszył w kierunku drzwi, ze śmiechem ruszyłem za nim. Oj tak, zdecydowanie nie będzie tak źle.

Chapter Text

Długo nie mogłem zasnąć, cały czas myślałem o Merlinie i Jego widocznej niechęci do mnie. Do tego Jego fragment rozmowy z Lancelotem nie mógł wyjść mi z głowy, wiem, że nie powinienem podsłuchiwać, ale kiedy przechodziłem obok pokoju Merlina i usłyszałem Jego naglący, trochę zdesperowany głos, nie mogłem się powstrzymać, ciekawość wzięła górę. O czym Emrys chciał tak bardzo zapomnieć? Przewróciłem się na drugi bok, jednak sen nadal nie chciał nadejść, z westchnieniem wstałem z łóżka, nikt mnie jeszcze tak nie zaintrygował i nikt mnie jeszcze tak nie lekceważył, choć nie jestem jakoś bardzo przywiązany do swojego tytułu, przyzwyczaiłem się do szacunku jaki okazują mi inni. Merlin od samego początku był dla mnie zagadką, skąd on się w ogóle wziął? Król wspomniał coś o bliskiej znajomej Gajusza, ale jakoś nie przypominam sobie, żeby medyk kiedykolwiek wspomniał o Merlinie i wątpię żeby teraz stał się bardziej rozmowny. Poszedłem po wodę, którą zostawiłem w swoim gabinecie, kiedy tylko moje spojrzenie padło na komputer w mojej głowie pojawił się pomysł, w końcu jestem księciem, jako następca tronu mam dostęp do bazy danych, w której mogę sprawdzić kogo tylko chce, nie żebym kiedykolwiek miał ochotę to robić, zawsze wydawało mi się to jakąś inwazją na czyjąś prywatność, a tego nie znoszę, jednak teraz mimo wewnętrznej blokady, włączyłem komputer, szybko wpisałem w wyszukiwarkę Merlin Emrys, nie zdążyłem nawet pożałować swojej decyzji, kiedy na ekranie pojawił się napis: Brak dostępu. Zaskoczony zmarszczyłem brwi, owszem zdarza się, że niektóre informacje są zablokowane, nawet dla wysoko postawionych ludzi, ale nie wszystkie, zawsze coś jest, chociażby wiek i imiona rodziców, zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, napis zniknął, a strona wróciła na panel główny. No świetnie, to zdecydowanie nie ugasiło mojej ciekawości, wstanie z łóżka do reszty mnie rozbudziło, niewiele myśląc wziąłem bluzę i wyszedłem z pokoju. W nocy cały budynek był uśpiony, ochroniarze pełnili warte w stałych miejscach, robiąc obchód o wyznaczonych godzinach, zresztą byli przyzwyczajeni do moich nocnych wędrówek, choć zdarzały się one coraz rzadziej. Kiedyś potrafiłem codziennie wyjść do ogrodu i rozmyślać w świetle księżyca, jednak im starszy byłem, tym więcej obowiązków miałem, przez co w nocy wolałem spać niż chodzić dobrze znanymi przez siebie alejami. Nieśpiesznie ruszyłem w dobrze znanym sobie kierunku, światła latarni delikatnie oświetlały mi drogę, jednak ja zmierzałem do najciemniejszej części ogrodu, do tej, która dla nieznajomego może wydać się trochę zaniedbana, jednak dla mnie i mojego ojca jest najcenniejszym fragmentem tej ziemi. Jednak nie o tym chciałem teraz myśleć, to zawsze sprawiało, że popadałem w dziwny smutek, a zdecydowanie nie takiej emocji mi teraz trzeba. Kim jest Merlin Emrys? Co ma takiego w sobie, że najbardziej nieufna osoba jaką znam powierzyła mu ochronę następcy tronu? Nawet nie wiem co może oznaczać brak dostępu do Jego danych, do tej pory jakoś bardzo nie rozmyślałem o tym całym „zamachu”, jeden strzał, nikomu nic się nie stało, moja podświadomość próbowała całkowicie wymazać z głowy to wspomnienie. Jednak zatrudnienie przez mojego ojca bodyguarda skłoniło mnie do głębszego zastanowienia, co jeśli tam gdzieś naprawdę ktoś chce mnie zabić? Zdaję sobie sprawę, że bycie osobą publiczną, w dodatku osobą, która kiedyś przejmie władze nad krajem, nie budzi sympatii u wszystkich, ale zawsze wydawało mi się, że poddani mnie lubią, nigdy nie zrobiłem nic co mogłoby skłonić kogoś do czegoś takiego. Owszem gazety wypisywały różne bzdury, żyjemy w wolnym kraju i nic się z tym nie da zrobić, nie prostowałem każdej błędnej informacji, ale starałem się dać do zrozumienia przez swoje czyny, że to co pojawia się w prasie w większości jest wymysłem, który ma przynieść większą sprzedaż danej gazecie. Nie jestem idealny, ale żeby od razu planować zabicie mnie? Do tego jeżeli Emrys ma racje, ktoś pod moim własnym dachem chce mojej śmierci, ale dlaczego? Westchnąłem cicho, patrząc na wysoki żywopłot tworzący labirynt, rozmyślanie o tym i tak nie wskaże winnego, dopóki nie zobaczę dowodów, nie uwierzę, że ktoś z moich najbliższych pracowników, dopuściłby się czegoś takiego. Skierowałem się z powrotem do budynku, powoli stawałem się senny, przynajmniej w tym spacer mi pomógł. Po dotarciu do pokoju, spojrzałem na zegar 2:20, zasnąłem od razu po tym jak moja głowa dotknęła poduszki.

Wszędzie był dym, gdzieś w oddali słychać było krzyk ludzi, jednak o wiele głośniej słyszałem strzały, jeden za drugim, wszystko inne powoli cichło, a dym zamienił się w ciemność, dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że strzały, które słyszę, to natarczywe pukanie do drzwi, uniosłem się delikatnie ocierając oczy ręką, żeby choć trochę pozbyć się senności
-Tak?- kiedy pukanie nie ucichło, spróbowałem ponownie trochę głośniej- tak?
-Panie przepraszam, że budzę, ale król chce się z księciem widzieć
-Teraz?- zerknąłem na zegar 5:28, zdusiłem w sobie jęk
-Tak teraz, król czeka w sali tronowej
-Dobrze, zaraz tam przyjdę, tylko się przebiorę- z ociąganiem wstałem z łóżka, trzy godziny snu zdecydowanie nie zapowiadały dobrego dnia
-Panie?- usłyszałem niepewne pytanie zza drzwi, kiedy wyjmowałem pierwsze lepsze ubranie z szafy
-Czy mogę odejść?
-Tak, dziękuję, możesz odejść- przewróciłem oczami, słudzy, którzy pamiętali jeszcze młodość mojego ojca zdecydowanie za mną nie przepadali, to przez brak mojego przywiązania do etykiety, może to oni spiskują przeciwko mnie? Odgoniłem od siebie szybko te głupie myśli, robiąc poranną toaletę, już po chwili wychodziłem z pokoju, zamykając drzwi zauważyłem, że w moją stronę zmierza jakaś postać, odwróciłem się, w moim kierunku szedł Merlin w dresie, delikatnie spocony, z butelką wody w ręce.
-Ćwiczy pan?- nie powinno mnie to dziwić, w końcu jest moim ochroniarzem, musi jakoś dbać o kondycję, jednak za bardzo rozkojarzył mnie widok przepoconych ubrań, na Jego smukłej sylwetce, zanim moje myśli zaczęły podążać w niebezpiecznym kierunku, usłyszałem Jego odpowiedź
-Dzień dobry- ton głosu Emrysa był neutralny, Jego oczy nic nie wyrażały, może to dobry znak? Przynajmniej nie dał po sobie poznać, że zauważył mój wzrok śledzący jego sylwetkę- biegałem
-O tej godzinie?- nie potrafiłem ukryć zdumienia, samo wstanie było dla mnie ciężkie
-A co nie wolno?- chłodny ton głosu wrócił, to by było na tyle, jeżeli chodzi o miłe zachowanie Emrysa, miałem nadzieję, że to co powiedział Lancelotowi było prawda, najwidoczniej Jego niechęć była zbyt silna
-Nie o to mi chodziło, po prostu jest dosyć wcześnie, myślałem, że większość osób jeszcze śpi- powiedziałem spokojnie, nie chcąc wdawać się w kłótnie z samego rana
-Nie potrzebuję za wiele snu- szczęściarz z niego- do tego nowe miejsce, również nie sprzyja- ton głosu Merlina znów stał się neutralny, jakby wyczuł zmieniający się nastrój, pokiwałem ze zrozumieniem głową
-Mam nadzieję, że będzie tylko lepiej, muszę już iść, król na mnie czeka- powiedziałem wymijając go, Emrys to chyba jedyna osoba przy której robiłem się nerwowy
-A pan ćwiczy czasami?- odwróciłem się zaskoczony pytaniem
-Zdarza mi się, ale raczej sporadycznie
-Rozumiem- zmierzył badawczym spojrzeniem moją sylwetkę, jakby oceniając czy się do czegoś nada, po czym z delikatnym westchnieniem pokiwał delikatnie głową- może czas by to zmienić- to powiedziawszy odwrócił się i zaczął iść w kierunku swojego pokoju
-Sugeruje pan, że jestem gruby?- zapytałem z niedowierzaniem
-Ty to powiedziałeś, panie- choć nie widziałem Jego twarzy, po tonie Jego głosu wiedziałem, że się uśmiecha. Nie powiem miła odmiana, choć wolałbym żeby się ze mnie nie śmiał. Pokręciłem głową, odwracając się, już i tak król za długo na mnie czekał. Po chwili zderzyłem się z kimś, duży kosz z pościelą upadł na podłogę
-Przepraszam panie- usłyszałem cichy, drżący głos służącej, pochyliłem się aby podnieść kosz i powrzucać do niego to co wypadło
-Nic się nie stało Camilla, to ja na Ciebie wpadłem, więc to ja przepraszam- uśmiechnąłem się delikatnie, Camilla odpowiedziała tym samym, choć trochę niepewnie- gdzie z tym idziesz? Może Ci pomogę, jest trochę ciężkie
-Nie panie, to blisko, poradzę sobie, dziękuję- tym razem jej uśmiech był pewny, była nowa w królestwie, więc pewnie niektóre zachowania były dla niej zaskoczeniem, wyminęła mnie, cały czas czułem na sobie spojrzenie Emrysa, jednak kiedy się odwróciłem nie było po nim śladu.
-Przysnęło Ci się po drodze?- choć mój ojciec nawet na mnie nie spojrzał, wiedziałem, że tylko żartuje
-Przykro mi tato, ale o tej godzinie nie spodziewaj się po mnie szybkiej reakcji- stłumiłem ziewnięcie, dopiero jak usiadłem przy stole, mój ojciec na mnie spojrzał, delikatnie marszcząc brwi
-Ciężka noc?
-Raczej krótka. O co chodzi, dlaczego chciałeś się spotkać tak wcześnie?
-Za chwilę wyjeżdżam, nie będzie mnie kilka dni, chciałem się pożegnać, oraz dać Ci to- popchnął w moim kierunku sześć teczek
-Co to takiego?
-Plan Twojego tygodnia, zarządzenie Merlina- spojrzałem na niego pytająco, otwierając teczkę
-Od dzisiaj co tydzień, ty jak i Twoja ochrona będzie dostawała takie teczki, z planem Twojego tygodnia, godziny, miejsca spotkań, dokładna lokalizacja, to według Merlina, może wzmocnić ochronę- byłem zbyt senny, żeby jakoś na to zareagować, w sumie nie wydawało mi się to złym pomysłem, choć grubość teczki sugerowała, że raczej mam trochę do zrobienia w tym tygodniu- Przekaż to swojej ochronie przy śniadaniu
-Skoro już jesteśmy przy osobie Merlina..
-Artur, mam wrażenie, że już jesteśmy po tej rozmowie, masz bodyguarda, koniec kropka
-Nie o to mi chodzi, chciałem tylko spytać czy dasz mi Jego akta- tym razem to król spojrzał na mnie zaskoczony
-Nie widzę takiej potrzeby- po czym jak gdyby nigdy nic, wrócił do przeglądania dokumentów
-To jest mój bodyguard, chyba mam prawo coś o nim wiedzieć?
-Owszem, ale ja nie mam prawa udostępniać Ci Jego akt, jeżeli chcesz coś wiedzieć, to go o to zapytaj
-Powodzenia z tym- mruknąłem pod nosem, nie mogłem uwierzyć, że mój ojciec odmawia mi czegoś takiego- co to znaczy, że nie masz prawa? Kto tu jest królem?- wiem, że mój ton nie pasował do sytuacji, ale miałem dość tajemnicy jaką owiany był Emrys
-W przypadku Twojego bezpieczeństwa, to on jest królem i mu ufam- nie wierzyłem w to co słyszę, mój ojciec westchnął cicho i wstał- Artur wiem, że to jest dla Ciebie nowa sytuacja, wiem również, że nie przejąłeś się za bardzo strzelaniną- już go chciałem poprawić, ale mi przerwał- tak, wiem to był jeden strzał, ale o jeden za dużo w Twojej obecności, jako król nie mogę pozwolić na takie sytuacje, nie wiem czy ktoś to zaplanował, nie wiem nawet czy to ty byłeś celem, czy w ogóle był jakiś cel, ale byłeś tam i to mi wystarczy żeby wzmocnić ochronę. Merlin jest najlepszy w swoim rodzaju i po rozmowie z nim, wiem, że zna się na tym co robi. Rozmawiałem również z Gajuszem i wiem, że na razie nie dogadujecie się zbyt dobrze, ale mam nadzieję, że to się zmieni, jeżeli tylko schowasz dumę w kieszeń, myślę, że nawet się zaprzyjaźnicie- to całe robienie z Merlina fachowca, zaczynało mnie irytować, dopiero po chwili dotarły do mnie ostatnie słowa króla
-Ja schowam dumę? Przecież to o..
-Artur, wiesz dobrze, że w relacji z ochroną najważniejsze jest zaufanie, prawda?
-Tak, ale..
-Nie ma ale, w Twoim interesie powinno być budowanie tego zaufania
-Po mojej stronie akurat nie będzie z tym problemu- szepnąłem
-Co tam bełkoczesz?- w głosie mojego ojca wyczułem uśmiech, zaczynałem się martwić o te Jego zmiany nastroju, przewróciłem tylko oczami- czy to wszystko?- czułem się pokonany, jedyną osobą, która powie mi coś o Merlinie, jest on sam, czyli równie dobrze taka osoba mogłaby nie istnieć, jak mam zaufać komuś, o kim nic nie wiem?
-Dobrze, że wspomniałeś o aktach, ponieważ prawie zapomniałem, proszę- pochylił się i spod stołu wyjął kilka segregatorów
-A to co? Mam nadzieję, że nie plan mojego roku
-Nic z tych rzeczy, to akta wszystkich naszych pracowników, przekaż je Merlinowi, prosił o nie
-Że co proszę? To ja nie mam dostępu do Jego akt, a on może szpiegować naszych pracowników
-Nie użył bym tutaj słowa szpiegować, każda osoba, która dla nas pracuje, wyraziła zgodę na wgląd w jej akta, Merlin pozwolił tylko mi, powtórzę jeszcze raz, jeżeli masz z tym jakiś problem idź do niego- wiedziałem, że nic nie ugram, temat skończony.
-Myślisz, że ma rację?- król spojrzał na mnie pytająco- że za tym strzałem stoi ktoś z królestwa?
-Nie wiem, ale mam nadzieję, że nie- spojrzał na zegarek- no nic, muszę się zbierać, mam nadzieję, że nie doprowadzisz kraju do ruiny- przewróciłem oczami, na te dobrze mi znane słowa, poukładałem teczki na segregatorach i spróbowałem je podnieść
-Boże, nie może ich sprawdzić w bazie danych, muszę to dźwigać?
-Dobrze wiesz, że nie wszyscy pracownicy są w bazie danych. Swoją drogą trochę wysiłku Ci nie zaszkodzi, już nie narzekaj
-Mógł sobie sam po to przyjść- wysapałem, oj chyba z tymi ćwiczeniami Emrys miał racje
-Nie chciałem go budzić
-Ale mnie chciałeś?- zaczynałem się zastanawiać czy Merlin przypadkiem nie wzbudził zbyt dużej sympatii króla- zresztą już nie spał, biegał
-Biegał- Uther zaskoczony uniósł brwi- no widzisz on przynajmniej o siebie dba
-No tak, już dałeś mi jasno do zrozumienia, że to ja jestem to złe, brzydkie coś, dziękuję-
-Oj jesteś strasznie przewrażliwiony kiedy jesteś niewyspany- ojciec poklepał mnie delikatnie po ramieniu, na co tylko przewróciłem oczami, ruszyliśmy w kierunku drzwi, kiedy je przede mną otworzył, przystanąłem i odwróciłem się delikatnie w Jego stronę
-On nie jest jakimś superbohaterem prawda?- zapytałem na wpół żartując
-Nic mi na ten temat nie wiadomo, choć musisz przyznać, że w jakimś dopasowanym błękitnym kostiumie, podkreślającym kolor Jego oczy wyglądałby obłędnie- te słowa i sugestywny ruch brwiami, wystarczyły abym się szybko ewakuował, jeszcze w drodze do jadalni słyszałem śmiech mojego ojca.
Za co ja muszę cierpieć takie katusze?
Dobre pięć minut zajęło mi otwieranie drzwi do jadalni, jak tylko je zamknąłem kopnięciem i położyłem wszystkie dokumenty na stole, usłyszałem rozbawiony głos Gwaine'a
-Coś widzę, że się księżniczka dzisiaj nie wyspała- czy ten dzień może być jeszcze gorszy?
-Widzę, że Twoja spostrzegawczość jest jak zwykle na najwyższym poziomie- powiedziałem, jednak w moim głosie nie było słychać nawet odrobiny rozgniewania, skupiałem się raczej na tym, żeby uspokoić oddech, oj tak zdecydowanie zaczynam ćwiczyć regularnie
-Co nam tutaj przytachałeś? Po rozmiarze mogę jedynie podejrzewać, że spis moich zalet
-Nie wiem czy Pan Emrys wam powiedział, ale wprowadził małe zmiany w naszej organizacji- powiedziałem całkowicie ignorując słowa Gwaine'a, przed każdym położyłem po teczce i przesunąłem segregatory w kierunku Merlina, który przyglądał mi się z czymś w rodzaju zaciekawienia, wolałem sobie nie wyobrażać jak wyglądam, podkrążone oczy, zlana potem twarz, czyli wypisz wymaluj czarujący książę. Emrys zerknął w stronę segregatorów, jednak szybko Jego spojrzenie wróciło do mnie, delikatnie kiwnął głową, nie wiem czy to było podziękowanie, ale uśmiechnąłem się delikatnie i usiadłem
-Jakie zmiany?- Lancelot spojrzał na mnie, po czym swój wzrok skierował na Merlin, ten zaś popatrzył na mnie pytająco, kiwnąłem głową, to Jego pomysł, więc niech opowiada.
Emrys wstał, biorąc do reki swoją teczkę
-Kiedy otworzycie teczkę, znajdziecie w niej szczegółowe informacje, o tym gdzie przez najbliższy tydzień książę będzie miał spotkania, wystąpienia, itd. Na podstawie tych informacji będziemy układać nasze ustawienia, oraz przy okazji przewidywać ustawienia napastnika- to przykuło moją uwagę, jednak nie na długo, drzwi się otworzyły i wjechał wózek z jedzeniem, tyle, że ku mojemu zdziwieniu nie pchała go służąca, a Gwen, szefowa kuchni, która przy okazji była narzeczoną Lancelota, zdarzało jej się z nami jadać, ale jeszcze nigdy nie podawała nam dań. Gwen jak gdyby nigdy nic, zamknęła za sobą drzwi i wtedy jej spojrzenie padło na Merlina i jakby wryło ją w podłogę, od razu się domyśliłem, że się znali, zresztą przecież Lancelot i Gwen poznali się jeszcze w dzieciństwie czyli logiczne, że zna Merlina, zaraz się okaże, że całe królestwo go zna. Nikt się nie odezwał, dopiero kiedy Emrys niepewnie się do niej uśmiechnął, w Gwen jakby coś pękło, podeszła do niego szybkim krokiem, podniosła rękę i wzięła zamach, jednak zanim jej dłoń spotkała się z policzkiem chłopaka, ten chwycił jej rękę, jednak od razu ją puścił
-Przepraszam, z przyzwyczajenia, możesz uderzyć jeszcze raz- Jego ton był delikatny i krył w sobie nutkę smutku, jednak to nie to przykuło moją uwagę, a Gwen, delikatna, krucha Gwen, która owszem potrafiła być groźna i często sprawiała, że czułem się jak nastolatek, jednak nigdy nie widziałem jej w takim stanie, wyglądała jakby ją coś opętało
-Jak śmiesz?- krzyknęła- jak śmiesz tak po prostu tutaj stać i się do mnie uśmiechać?- po jej policzkach zaczęły spływać łzy, okładała Emrysa pięściami po klatce piersiowej, ale widać było, że nie wkłada w to siły, ten stał, jakby czekając aż jej atak minie, spojrzałem po pozostałych, Leon i Percival byli równie zszokowani co ja, jednak Lancelot i Gwaine, patrzyli na tę scenę ze smutkiem, lecz bez cienia zaskoczenia.
Kiedy ruchy Gwen stały się powolniejsze, Emrys złapał ją delikatnie za ręce i przyciągnął do siebie, przytuliła się do niego jakby jej życie od tego zależało
-Myślałam, że nie żyjesz- powiedziała przez łzy.
W mojej głowie pojawiło się jakieś mgliste wspomnienie, jakiś rok wcześniej, Gwen wzięła wolne, a Lancelot i Gwaine stali się nagle małomówni, nie uśmiechali się, kiedy zapytałem co się stało, powiedzieli, że ich stary przyjaciel nie żyje, chciałem dać im wolne, ale powiedzieli, że praca im pomaga, nie wypytywałem, było wtedy dużo uroczystości, nie miałem na nic czasu, teraz mam wyrzuty sumienia, ale kiedy się głębiej nad tym zastanowię, to już po dwóch tygodniach, wrócili do siebie jakby nigdy nic, a mi to wyleciało z głowy, co ze mnie za przyjaciel?
-Przepraszam- szept Merlina wyrwał mnie z zamyślenia, to słowo podziałało na Gwen jak płachta na byka, odepchnęła go od siebie
-Przepraszasz? Boże, Merlin myśleliśmy, że nie żyjesz, rozumiesz? Zadzwonili do nas, zadzwonili do Twojej mamy i powiedzieli: 'Pani syn nie żyje', tak po prostu bez żadnego wstępu, bez niczego, wiesz co ona wtedy poczuła? Wiesz co my poczuliśmy?
-Nie w...
-Oczywiście, że nie wiesz, w końcu co Cię to interesuje, prawda? Przecież jesteś samowystarczalny! Co Cię obchodzą głupi ludzie, którym na Tobie zależy?
-Gwen- Gwen nadal wrzeszczała, nie zwracając uwagi na próby uspokojenia jej przez Emrysa- Gwen!- Merlin podniósł delikatnie głos, dopiero wtedy Gwen ucichła, jednak łzy nadal ciekły po jej policzku- Dobrze wiesz, że to nieprawda
-To dlaczego nie wróciłeś? Dlaczego tam zostałeś?- myślałem, że Merlin jej odpowie, ale ten tylko pokręcił przecząco głową z takim bólem w oczach, że musiałem odwrócić wzrok, zresztą nie tylko ja, każdy z moich ochroniarzy patrzył gdzie indziej, miałem ochotę wyjść, czułem, że jestem świadkiem sytuacji, której nie powinienem widzieć.
Kątem oka, widziałem jak Merlin znów przyciąga do siebie Gwen szepcząc jej coś na ucho, ta powoli zaczęła uspokajać oddech
-Już dobrze?- Emrys delikatnie otarł jej łzy, pokiwała głową- no to pokazuj mi ten diament, ile można czekać?- Merlin uśmiechał się delikatnie, kiedy Gwen podawała mu swoją dłoń, żeby pokazać, jak się domyśliłem, pierścionek zaręczynowy, mój bodyguard przyglądał mu się przez chwilę z zaciekawieniem
-Na zdjęciu wyglądał na większy
-Zdjęciu?
-A ty myślisz, że kto go wybrał? Dostałem chyba dwieście zdjęć od Lanca- Lancelot zaczerwienił się delikatnie, jednak na Jego ustach był uśmiech
-Nie mogłem się zdecydować- wzruszył tylko ramionami
-I to nie tylko w tej kwestii, gdybyś wiedziała ile z Twoich zaręczyn to był mój pomysł, to byś poważnie zaczęła rozważać czy chcesz wyjść akurat za...
-Może coś zjemy?- Lancelot szybko przerwał Merlinowi, który razem z Gwen i Gwainem zaczął się śmiać. Za to ja, Leon i Percival, nadal próbowaliśmy zrozumieć scenę, która przed chwilą się przed nami rozegrała. Za osobą Emrysa kryło się więcej niż mógłbym przypuszczać.
Gwen otarła resztę łez i dopiero wtedy jej wzrok padł na mnie, jakby wcześniej nie wiedziała, że jestem w pomieszczeniu.
-Panie
-Gwen?- patrzyła na mnie z czymś w oczach czego nie potrafiłem rozpoznać
-Co masz mi do powiedzenia?- mam nadzieję, że nie zaatakuje mnie jak Merlina, bo mógłbym tego nie przeżyć
-Yyy dzień dobry?- zapytałem niepewnie, pokiwała głową jakby nie spodziewając się ode mnie innej odpowiedzi
-Możesz mi powiedzieć co robiłeś w nocy?- już chciałem jej przypomnieć do kogo mówi, jestem księciem prawda? Czasem w towarzystwie tych osób o tym zapominam i czasem to nie jest zbyt dobre uczucie, jednak jej wzrok zgasił moje protesty i znowu czułem się jak nastolatek, który coś przeskrobał
-Spałem?- pokiwała z niedowierzaniem głową, chyba muszę przestać odpowiadać pytaniem na pytanie
-Widzę, że muszę odświeżyć Ci pamięć, włóczyłeś się po ogrodzie- a to o to jej chodziło, ale zaraz skąd ona o tym wie? Czy ja we własnym domu nie mam żadnej prywatności?
-No tak, wyszedłem na spacer, ponieważ nie mogłem zasnąć- uśmiechnąłem się delikatnie, myśląc, że temat skończony, jednak rozgniewane spojrzenie Gwen powiedziało mi co innego,
-Czy ty w ogóle myślisz?- krzyknęła, tak, że aż mnie wyprostowało na krześle- panie- dodała po chwili wahania, już ciszej- jak mogłeś po tym co się stało wyjść, sam w nocy do ogrodu? Nie wiesz jakie to niebezpieczne? A co jeżeli ktoś by się na ciebie zaczaił?
-Gwen, wątpię, żeby ktoś przewidział, że pójdę w nocy do ogrodu, ale dziękuję za troskę
-Artur- Gwen jako jedyna rzadko zwracała się do mnie po imieniu, jednak starała się pamiętać o moim tytule, dlatego popatrzyłem na nią zaskoczony- ja się po prostu martwię, zresztą wszyscy się martwimy, to co się stało wstrząsnęło nami. Myślę, że powinieneś bardziej na siebie uważać.
-Jeżeli myślicie, że w kraju zapanuje bezkrólewie po tym jak ktoś mnie zastrzeli, to spokojnie, na moje miejsce jest wielu kandydatów- moja próba zażartowania nie spotkała się z oczekiwaną reakcją, przynajmniej nie przeze mnie, zamiast tego dostałem ścierką
-Ała, za co to?
-Za głupie gadanie- tym razem wszyscy się roześmiali, nawet Merlin nie mógł ukryć uśmiechu
-Proszę Cię tylko żebyś nie wychodził sam- zanim zdążyłem powiedzieć, że nie jestem dzieckiem, Emrys się wtrącił
-Spokojnie Gwen, nie był sam- zaskoczony spojrzałem na Merlina, który patrzył prosto na mnie, w Jego oczach dalej widziałem ogniki rozbawienia- jednak na przyszłość, proszę, żebyś do mnie zapukał, następnym razem mogę nie usłyszeć Twojego wymykania się
-No świetnie, czy w tym budynku ostała się jeszcze jakaś cząstka mojej prywatności?
-Księżniczko jesteś zbyt przewrażliwiony- Gwaine poklepał mnie delikatnie po ramieniu, kiedy Gwen zaczęła rozkładać talerze
-Dla mnie tylko kawa Gwen- kiedy nie pojawił się przede mną kubek, podniosłem wzrok, żeby spotkać zdeterminowane spojrzenie Gwen
-Eee może jednak zjem śniadanie, w końcu to najważniejszy posiłek dnia?- dopiero jak odwróciła ode mnie wzrok, odetchnąłem z ulgą, chyba będę musiał popracować nad swoją pozycją, kiedy zerknąłem na Merlina ten próbował ukryć uśmiech za swoim kubkiem, nie był to jeszcze uśmiech bezpośrednio skierowany do mnie, ale chyba jesteśmy na dobrej drodze?

Chapter Text

Gwen zjadła z nami śniadanie, jednak atmosfera była napięta. Leon i Percival patrzyli w swoje talerze, podczas gdy Lancelot i Gwaine nieudolnie próbowali podtrzymać rozmowę. Gwen co chwilę zerkała w stronę Merlina, jednak ten sprawiał wrażenie jakby tego nie zauważał, z zainteresowaniem przeglądał teczkę. Cała akcja z moim nowym bodyguardem i szefową kuchni, rozbudziła mnie do reszty, próbowałem wepchnąć w siebie trochę jedzenia, w końcu wiedziałem, że lepiej nie denerwować Gwen. Cały czas przed oczami miałem to co się wydarzyło, nigdy nie widziałem Gwen w takim stanie i szczerze mówiąc jeden raz mi wystarczy. Opanowanie Emrysa nie powinno mnie zaskoczyć, a jednak spokój z jakim zareagował na to wszystko był trochę niepokojący, jest coś co jest w tanie złamać tego człowieka? Uśmiecha się, żartuje, ale nawet kiedy jest w gronie przyjaciół w Jego oczach można zauważyć coś dziwnego, coś co już u kogoś kiedyś widziałem, ale nie mogłem sobie przypomnieć u kogo. Nie dostrzegłem tego na początku zbyt zaskoczony tym, że Emrys zna moich ochroniarzy i zachowuje się wobec nich normalnie, ale dopiero przy Gwen dostrzegłem jak on ma wszystko pod kontrolą. Każda Jego emocja była jakby wyćwiczona, nawet ból w oczach z jakim spojrzał na swoją przyjaciółkę. Nie ma u niego czegoś takiego jak spontaniczna reakcja, jeżeli widzimy na Jego twarzy jakieś uczucie to tylko dlatego, że on na to pozwala. Jak jakaś maszyna, która jest przystosowana do życia wśród ludzi i potrafi naśladować ich reakcje. Skoro nawet Jego przyjaciele nie wiedzą wszystkiego to jak niby ja mam się czegoś dowiedzieć? Naprawdę był uważany za zmarłego? Czy mój ojciec o tym wie? Gdzie wtedy był, co się z nim działo? Czy przed tym wszystkim był inny? Kim tak naprawdę jest Merlin Emrys? Czy to w ogóle Jego prawdziwe nazwisko? Mój bodyguard to była jedna wielka tajemnica, ale pomimo tych wszystkich pytań, czułem, że mogę mu zaufać, coś w środku podpowiadało mi, że zna się na tym co robi, a Jego zachowanie tylko sprawiało, że chciałem go lepiej poznać. Swoich ochroniarzy traktowałem bardziej jak kolegów niż pracowników i z Merlinem nie będę robił wyjątków czy tego chce czy nie, udowodnię mu, że Jego zdanie na mój temat jest błędne. Jednak na początku dam mu trochę przestrzeni i poobserwuję, może trafię na moment kiedy maska zupełnie spadnie z Jego twarzy. Z moim rozmyślań wyrwał mnie głos mojego bodyguarda:
-Gwen ja nie zniknę- Emrys nadal nie podniósł wzroku znad teczki, ale jak widać zauważył spojrzenia Gwen, która teraz z lekkim rumieńcem spoglądała na swój pusty talerz. Na dźwięk głosu Merlina, Gwaine przestał opowiadać jeden ze swoich słynnych nieśmiesznych żartów i wszystkie spojrzenia skierowały się w stronę mojego bodyguarda- jestem tutaj i na razie nigdzie się nie wybieram- Merlin szybko spojrzał na Gwen jakby zdał sobie sprawę, że powiedział za dużo, na reakcję nie trzeba było długo czekać,
-Co to znaczy na razie? Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że zamierzasz tam wrócić?- Gwen zapytała z niedowierzaniem, które można było również wyczytać z twarzy Lancelota i Gwaina. Tylko ja, Leon i Percival nie wiedzieliśmy jak zareagować, coś czuję, że tajemniczość Merlina zbliży mnie z pozostałą dwójką moich ochroniarzy. Czuli się tak samo jak ja wykluczeni.
-Nie mam tego w planach, ale nigdy nie wiadomo co się wydarz- patrząc na minę narzeczonej Lancelota to nie była prawidłowa odpowiedź, jednak zanim zdążyła coś powiedzieć, odezwał się Gwaine jakby przeczuwając nadchodzącą kłótnię
-To co dzisiaj mamy w planach?- zajrzał z udawanym zainteresowaniem do teczki, jakby to co robimy co tydzień było dla niego wielkim zaskoczeniem, owszem mieliśmy przerwę po strzale i szumie jaki się po nim zrobił, ale już od tygodnia rozmawialiśmy o tym, że wracamy do naszych rutynowych działań- odwiedziny w domu dziecka, no nareszcie stąd wyjdziemy- po tych słowach zdałem sobie sprawę, że Gwaine ma rację, tak naprawdę od strzału nigdzie nie wychodziliśmy, mój ojciec wszystko odwołał tłumacząc, że musimy poczekać aż sytuacja się uspokoi, a tak naprawdę myślał o tym jak wzmocnić ochronę. Nie ma to jak być więźniem i nawet o tym nie wiedzieć.
-Tak naprawdę dom dziecka zaplanowany jest na popołudnie, do tego czasu chciałbym was lepiej poznać, a raczej chciałbym poznać wasze umiejętności- moi ochroniarze popatrzyli po sobie zaskoczeni- po treningu zdecyduję kto jaką funkcję będzie pełnił, ułożę ustawienie na dzisiejszy wyjazd i możemy jechać.
-Treningu? O nie, zdecydowanie nie! Gwaine zaczął protestować- ja dobrze wiem jak wygląda Twój trening Merlin, ja chce jeszcze żyć!- powiedział to tak zdesperowanym głosem, że nawet na do tej pory smutnej twarzy Gwen pojawił się uśmiech- zresztą znasz nasze umiejętności
-Minęło trochę lat, nawet wam pewnie udało się czegoś nauczyć
-Auć, to zabolało- Gwaine ostentacyjnie złapał się za pierś- nie spodziewałem się takiego ciosu właśnie od Ciebie Merls,
-Ha ha ha, koniec żartów, zbieramy się. Lancelot pokazał mi wczoraj waszą halę do ćwiczeń- zdusiłem w sobie prychnięcie, halę do ćwiczeń? Moi ochroniarze mieli w królestwie coś jak ośrodek sportowy, począwszy od basenu, a skończywszy na strzelnicy- tam sprawdzimy waszą ogólną sprawność fizyczną, a później przejdziemy dalej,
-Dalej? Merlin już nie będzie żadnego dalej...Uwierzcie mi- Gwaine spojrzał na Leona i Percivala, którzy za przykładem Emrysa zaczęli wstawać- uciekajcie puki możecie- nawet Lancelot, który zazwyczaj tryskał zapałem, teraz był jakiś niemrawy, zacząłem się zastanawiać czy aby na pewno zachowanie Gwaina było przesadzone. Gwen zaczęła zbierać talerze ze stołu, z braku lepszego zajęcia zacząłem jej pomagać, najwidoczniej miałem wolne przedpołudnie.
-Panie?- podniosłem spojrzenie, Emrys przyglądał mi się z czymś w rodzaju zaciekawienia, no cóż pewnie nie codziennie widzi następce tronu sprzątającego stół.
-Na razie nie widzę potrzeby abyś uczestniczył w naszych treningach- na razie? Co to znaczy na razie? Emrys jakby wyczuł moje pytanie- jeszcze nie wiemy kto i dlaczego Cię zaatakował, ale myślę, że Twoja umiejętność obrony ułatwi nam trochę zadanie w przyszłości- moja umiejętność obrony? Nigdy się z nikim nie biłem i jako książę nikt tego ode mnie nie wymagał, więc lepiej żeby Emrys nigdy nie miał szansy zobaczyć moich umiejętności, bo zamknąłby mnie w królestwie na zawsze.
-Yyy tak, myślę, że ma pan rację, ale teraz faktycznie powinien pan się skupić na ochroniarzach
-Ej ej księżniczko nie ma wykręcania się, może jak poznasz na własnej skórze jak się męczymy, będziesz traktował naszą pracę z większym szacunkiem- podniosłem pytająco brew- albo chociaż dasz nam podwyżkę
-Tak Gwaine, wiemy gdzie twoje priorytety naprawdę leżą, nie musisz nam o tym przypominać. Jeszcze nie zacząłeś treningu, a już masz żądania.
-No cóż wiem, że po mogę nie mieć na nie siły, więc..
-Dobrze- Merlin klasnął w dłonie czym skutecznie zwrócił na siebie naszą uwagę- czas leci, a mamy dużo do zrobienia, tak jak mówiłem panie, nie musisz dzisiaj z nami ćwiczyć, więc możesz zająć się swoimi sprawami, jednak proszę żebyś nie wychodził z budynku- to chyba był najmilszy ton jakim do tej pory się do mnie zwrócił, więc dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że czeka na moje potwierdzenie, delikatnie kiwnąłem głową,
-No to co gotowi?- Leon, Percival i Lancelot kiwnęli głowami, choć ten ostatni z mniejszym entuzjazmem, kiedy Gwaine nie zareagował wpatrując się we mnie
-A ty co niby będziesz robił?- wzruszyłem ramionami zerkając na Gwen jakby szukając ratunku i w mojej głowie pojawił się pomysł,
-Jedziemy do domu dziecka, więc myślę, że jakieś domowe ciastka byłyby miłą niespodzianką dla dzieci
-Świetny pomysł, pójdę poinformować kucharzy- pomimo swoich słów Gwen nadal stała w miejscu, spojrzałem na nią pytająco, jednak jej spojrzenie skierowane było na mojego bodyguarda, który po chwili uśmiechnął się do niej niepewnie. Ten uśmiech jakby wyrwał ją z odrętwienia- Nie myśl sobie, że z Tobą skończyłam, przed nami bardzo poważna rozmowa Emrys!- po tonie jakim zostały wypowiedziane te słowa, jestem pewny, że nie chciałbym być na miejscu Merlina podczas tej rozmowy, ten jednak tylko kiwnął głową i odwrócił się w stronę wyjścia.
-Pomogę wam- powiedziałem idąc za Gwen, która zaczęła pchać wózek z naczyniami w stronę kuchni- i tak nie mam nic innego do roboty, a wam na pewno przyda się dodatkowa para rąk do pracy- Gwen uśmiechnęła się do mnie, dobrze wiedząc, że nawet gdybym miał coś do zrobienia, wolał bym pomóc im.
-Ej ja też chce z wami piec ciastka- Gwaine ruszył w naszą stronę, ale drogę zagrodził mu Merlin, który patrzył na mnie z nieskrywanym zdumieniem.
Fakt, że zaskoczyłem tego tajemniczego mężczyznę sprawił mi dziwną radość, moi ochroniarze, zresztą większość mojej służby, wiedziała o tym, że lubię gotować i byłem częstym bywalcem kuchni, jednak dla Emrysa to była nowość. Wypchnął wykłócającego się Gwaina za drzwi, jednak sam jakby się wahał, wyglądało to tak jakby chciał coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili zrezygnował. Uśmiechnął się tylko do Gwen, a w moim kierunku delikatnie się pokłonił i wyszedł.
Odwróciłem się aby iść za Gwen, jednak ta stała w miejscu, wpatrując się w drzwi za którymi przed momentem zniknął Emrys,
-Gwen?
-Nie mogę uwierzyć w to że tutaj jest- szepnęła jakby do siebie, po chwili jednak popatrzyła na mnie jakby przypomniała sobie o mojej obecności- przepraszam panie, już idziemy- i jak gdyby nigdy nic ruszyła w stronę kuchni.
Po drodze nie odzywaliśmy się do siebie, Gwen była zamyślona, a ja starałem się ogarnąć wydarzenia z dzisiejszego poranka. Gwen, Lancelot, Gwaine i Merlin byli paczką przyjaciół, którzy trzymali się blisko razem, jednak prawdopodobnie jakaś propozycja pracy sprawiła, że Merlin wyjechał. I coś się wydarzyło, coś co sprawiło, że przyjaciele Emrysa myśleli, że nie żyje. Co to mogło być? Co Merlin robił przed przyjazdem do królestwa? Co go zmieniło? Co sprawiło, że nawet wśród przyjaciół nie jest sobą? Wszedłem do kuchni zaraz za Gwen, kiedy tylko służba mnie zobaczyła, wstała i wszyscy ukłonili się w moim kierunku.
-Kochani, dzisiaj książę odwiedza dom dziecka, więc postanowiliśmy upiec dzieciom ciasteczka, jednak zanim weźmiecie się do pracy, proszę abyście włożyli jak najwięcej wody do zamrażarek- głos Gwen rozniósł się echem po całym pomieszczeniu, pomimo zaskoczenia, na reakcję nie trzeba było długo czekać
-Wodę do zamrażarek?- zapytałem nie kryjąc zdumienia,
-Uwierz mi, po treningu z Merlinem chłopcy zdecydowanie będą potrzebowali okładów z lodu.

***

Po nocnej obserwacji księcia, sam nie wiedziałem co myśleć, słowa Gajusza i Lancelota cały czas krążyły mi po głowie, jednak nadal nie mogłem się wyzbyć dziwnej niechęci do Artura, może niechęć to złe słowo, ale miałem dziwną blokadę wobec Jego osoby. Zamiast się ujawnić, obserwowałem go z ukrycia, wydawał się zamyślony, kompletnie nie zwracał uwagi na otoczenie, co wiele mówiło o Jego poczuciu bezpieczeństwo, co dla mnie jako Jego bodyguarda było dosyć niepokojące. Sam nie wiem co mnie podkusiło, żeby za nim iść, już sam fakt, że wymykał się tak późno był dziwny. Ciekawiło mnie o czym myśli, ale coś powstrzymywało mnie przed podejściem do niego, wydawało mi się, że chce być sam, z resztą ja zdecydowanie nie nadawałem się na towarzystwo Jego nocnej wyprawy. Obiecałem Lancelotowi, że będę milszy, jednak zamierzałem wprowadzić to w życie dopiero rano. Jeżeli mam być szczery to na początku sam nie wiedziałem skąd ten mój chłód wobec księcia się wziął. Nie oceniam ludzi po pozorach, dobrze wiem, że są złudne, tym bardziej to co wypisuje prasa zazwyczaj bardzo odbiega od prawdy. Jednak gdy tylko ujrzałem księcia na żywo, od razu wezbrały we mnie dziwne negatywne emocje. Spędziłem z nim tylko chwilę, a zdążyłem go całkowicie do siebie zrazić, a siebie zaślepić jakimiś nieprawdziwymi informacjami na Jego temat. Wystarczyła chwila żebym wiedział, że wszystko czego się o nim dowiedziałem z prasy to brednie. Nie potrzebowałem do tego słów Gajusza czy Lancelota, oni pomogli mi tylko trochę się przełamać. Wiem, że Artur nie zasługuje na takie traktowanie z mojej strony, a jednak nadal nie mogłem się powstrzymać, dlaczego? Chciałem się oszukiwać, że nie wiem, jednak dobrze wiedziałem, że potrzebuję kozła ofiarnego, osoby, którą będę mógł o wszystko obwiniać, kogoś na kim się wyżyje za wszystko co przeżyłem i niestety tą osobą stał się Artur. Czyli osoba, którą mam chronić. Po tym jak książę wszedł do budynku, chwilę odczekałem i ruszyłem za nim.
Pierwszy dzień w królestwie to była dla mnie jedna wielka niespodzianka. Z samego rana poszedłem pobiegać, aby lepiej przyjrzeć się otoczeniu, ale także żeby oczyścić głowę. Ta praca to miał być dla mnie nowy rozdział, jednak żeby rozpocząć nowy etap w swoim życiu musiałem odciąć się od starego, a to nie było łatwe. Długo nie mogłem zasnąć, a kiedy sen w końcu nadszedł, był wypełniony obrazami z przeszłości, obrazami, których nie chciałem pamiętać. Byłem przyzwyczajony do koszmarów, nawiedzały mnie co noc, jednak miałem nadzieję, że przyjazd do królestwa, choć na chwilę mnie od nich uwolni, jak widać myliłem się. Po przebudzeniu o 4 nad ranem, wiedziałem, że już nie zasnę, wysiłek fizyczny dobrze mi zrobił. Kiedy wracałem z porannego biegu, czułem się zrelaksowany i oczywiście musiałem wpaść na księcia, który bez skrępowania zmierzył moją sylwetkę wzrokiem, postanowiłem nie dać po sobie poznać, że zauważyłem, jeszcze przed przyjazdem powiedziałem sobie, że wygląd Artura, który niestety jest całkowicie w moim typie, będzie przeze mnie ignorowany i nie zamierzałem reagować na takie spojrzenia, jak to, którym obrzucił moje ciało, choć nie powiem było to przyjemne, stop Merlin, przestań, skarciłem się w duchu.
-Ćwiczy pan?- Jego zaskoczenie trochę mnie zdziwiło, w końcu jestem Jego ochroniarzem, muszę dbać o formę
--Dzień dobry- ton mojego głosu nawet mnie wydał się zbyt formalny- biegałem
-O tej godzinie?
-A co nie wolno?- eh co jest ze mną nie tak? Chce być miły, a wychodzi co wychodzi, zazwyczaj mam kontrolę nad swoim zachowaniem, ale przy Arturze coś się zmienia.
-Nie o to mi chodziło, po prostu jest dosyć wcześnie, myślałem, że większość osób jeszcze śpi- powiedział spokojnie, najwidoczniej wyczuwając mój powracający chłód
-Nie potrzebuję za wiele snu- pokiwał głową- do tego nowe miejsce, również nie sprzyja- dodałem, sam nie wiem czemu
-Mam nadzieję, że będzie tylko lepiej, muszę już iść, król na mnie czeka- powiedział, wymijając mnie, czułem, że ta rozmowa znowu nie należała do najmilszych, chciałem jakoś załagodzić moje pierwsze wrażenie na księciu, które na pewno nie było najlepsze, a jednak cały czas starał się być przyjazny, postanowiłem się jakoś odwdzięczyć,
-A pan ćwiczy czasami?- widać było, że zaskoczyłem go tym pytaniem, siebie po części też, chciałem mu życzyć miłego dnia, a zamiast tego zapytałem o coś co ciekawiło mnie również trochę z zawodowego punktu widzenia,
-Zdarza mi się, ale raczej sporadycznie,
-Rozumiem- zmierzyłem go badawczym spojrzeniem, widać było, że jeżeli już to raczej w coś gra, o siłownie bym go nie podejrzewał, co nie oznacza, że jest źle zbudowany, wręcz przeciwnie ma..Co? Miałem być milszy, a nie.. przecież to mój pracodawca, nie powinienem oceniać go pod względem atrakcyjności. Wiedziałem, że jak będę chciał zachowywać się względem niego normalnie, to puszczą wszystkie tamy, a zdecydowanie jako bodyguard nie mogę pozwolić sobie na jakiekolwiek romantyczne uczucia. Boże skąd mi w ogóle do głowy przyszły romantyczne uczucia? Lepiej żebym już poszedł do pokoju- może czas by to zmienić- rzuciłem tylko, w końcu chciałem po sobie zostawić dobre wrażenie, no dobra może to nie był odpowiedni sposób, jednak na pewno dla mnie przyjemny
-Sugeruje pan, że jestem gruby?- zapytał z niedowierzaniem, uśmiechnąłem się do siebie,
-Ty to powiedziałeś, panie- jak to się nazywa? Małe kroki, jeżeli już potrafię sobie z niego żartować, to jesteśmy na dobrej drodze do normalnych stosunków.
Już miałem wejść do pokoju, kiedy moją uwagę przykuło jakieś poruszenie z tyłu,
-Przepraszam panie- usłyszałem cichy, drżący głos służącej, Artur pochylił się aby podnieść kosz, który upuściła
-Nic się nie stało Camilla, to ja na Ciebie wpadłem, więc to ja przepraszam- choć książę stał do mnie tyłem, wiedziałem, że się uśmiecha- gdzie z tym idziesz? Może Ci pomogę, jest trochę ciężkie- on chce jej pomóc? Do tego pamięta jej imię? Coś czułem, że moja ocena Jego osoby jest całkowicie błędna. Wszedłem szybko do pokoju, choć wiedziałem, że wyczuł moją obserwację.
Niby byłem wśród przyjaciół, jednak zmieniłem się i oni to wyczuli. Potrzebowałem czasu, żeby wrócić do dawnego siebie, o ile to w ogóle możliwe, najpierw muszę pokonać własne demony, a to niestety trochę potrwa. Obserwowałem Lancelota i Gwaina, żartowali, śmiali się razem z Leonem i Percivalem, którzy podchodzili do mnie trochę niepewnie. Nie dziwiłem się im, pojawiłem się nie wiadomo skąd i nagle mają mnie słuchać, dla nich to też była nowa sytuacja. Już miałem się włączyć do rozmowy, kiedy drzwi do jadalni się otwarły i wszedł książę taszcząc kilka segregatorów i teczki, najwidoczniej, król postanowił szybko spełnić moją prośbę. Artur wyglądał jakby przyniesienie tych kilku rzeczy sprawiło mu wielki wysiłek, tak zdecydowanie będę musiał zająć się Jego sprawnością fizyczną. Ochroniarze wydawali się raczej dobrze zaznajomieni z Pendragonem, ich relacje niczym nie przypominały relacji służby z następcą tronu i sam książę wydawał się przyzwyczajony do docinek Gwaina, co już świadczyło o ich zażyłych stosunkach, tylko prawdziwi przyjaciele potrafili wytrzymać Gwaina. To na co zdecydowanie nie byłem przygotowany to reakcja Gwen, nigdy nie widziałem jej w takim stanie i fakt, że to ja ją do tego doprowadziłem tylko pogłębiał moje wyrzuty sumienia. Nie wiedziałem, że to co się wydarzyło tak na nich wpłynęło, chyba przez to wszystko zapomniałem co to znaczy mieć przyjaciół i być przyjacielem. Dopiero teraz zaczęło do mnie docierać co musieli czuć, a ja się od nich odciąłem, odepchnąłem ich i jak ostatni tchórz zasłoniłem się pracą, co ze mnie za przyjaciel? Podczas śniadania Gwen co chwilę na mnie zerkała, Artur obserwował nas za pewne z rosnącym zaciekawieniem, a ja pilnowałem tylko, żeby nikt nie zobaczył moich prawdziwych uczuć. W udawaniu, że wszystko jest w porządku jestem mistrzem, miałem cichą nadzieję, że tutaj uda mi się zrzucić maskę choć na chwilę, jednak nie potrafiłem. Dlaczego osoby, które były dla mnie jak rodzina nagle są tak obce? Wiedziałem, że to moja wina, im bardziej starałem się być dawnym sobą tym bardziej mi nie wychodziło. Gdy tylko zobaczyłem, że mamy wolne przedpołudnie, postanowiłem wykorzystać to na sprawdzenie ochroniarzy, przy okazji chciałem ich lepiej poznać, musimy stworzyć zgrany team i jak na razie to będzie moim priorytetem. Ignorując przesadzone protesty Gwaina, przecież nigdy nie było tak źle, zacząłem się zbierać i kolejna szokująca informacja, książę pomaga Gwen w kuchni, nikt nie wydawał się tym zaskoczony, więc zapewne to było normalne. Włączyła się we mnie dziwna chęć poznania go lepiej, w końcu mam go ochraniać, mam być Jego cieniem, powinienem go dobrze znać, prawda? Nie, nie prawda, emocje tylko utrudniają pracę, ale ja uwielbiam sobie wszystko utrudniać.
Przebrałem się szybko w sportowy strój i poszedłem na halę, ucieszyłem się kiedy Lancelot pokazał mi co mamy do dyspozycji, zdecydowanie pomoże nam to wzmocnić ochronę. Wysiłek fizyczny zawsze mi pomagał wszystko poukładać, miałem nadzieję, że i tym razem się uda.
Lancelot, Leon i Percival weszli na salę cicho ze sobą rozmawiając, za nimi wlókł się Gwaine ostentacyjnie demonstrując swoją niechęć, postanowiłem go ignorować.
-Skoro już wszyscy jesteśmy, myślę, że możemy zacząć. Najpierw chciałbym się dowiedzieć czegoś o was, a dokładniej mówiąc o waszych mocnych stronach- popatrzyłem na każdego z osobna, jednak jakoś nikt nie wyrywał się do odpowiedzi, miałem dziwne wrażenie, że moja osoba po prostu ich peszy- dobra to może ja zacznę, szybko biegam i w miarę dobrze strzelam- jedyną reakcją było prychnięcie Gwaina
-W miarę? Merls jesteś wśród swoich, więc daruj sobie skromność i dorzuć do tych swoich mocnych stron walkę, pływanie, szermierkę, żonglerkę i prawdopodobnie latanie, choć na to ostatnie nie mam jeszcze dowodu, ale spokojnie obserwuję Cię- przewróciłem tylko oczami, nie komentując Jego słów, myślę, że wszyscy już na tyle go znają żeby nie wierzyć w Jego słowa
-Lancelot?
-Bieg- czyli tutaj nic się nie zmieniło
-Leon?
-Strzelanie
-Percival?
-Walka
-Gwaine?
-Serio? Przecież znasz mnie od..
-Gwaine?
-Dobra, walka- pokiwałem tylko głową, szczerze mówiąc spodziewałem się od nich troszkę większego zaangażowania, najwidoczniej będę musiał z nich wszystko wyciągać.
-A jakieś szczególne zdolności?- wszyscy popatrzyli na mnie zaskoczeni
-Nie, Merls, nie strzelamy laserem z oczu jeżeli o to Ci chodzi- okey trochę się odzwyczaiłem od tego, jak Gwaine mocno może irytować,
-Gwaine proszę Cię, chodzi mi o coś co wam się do tej pory jakoś nie przydało, ale to umiecie, nie wiem jakieś walki samurajskim mieczem?- oczywiście moja próba żartu spotkała się z brakiem reakcji- dobra, zacznijmy jeszcze raz. Mam na imię Merlin, pochodzę z małego miasteczka Elador, mam dwadzieścia pięć lat. Od małego trenuję gimnastykę, kiedy byłem mały, byłem strasznie chudy i niezdarny. Nie mam zielonego pojęcia o co chodzi w footbolu, jest to dla mnie strasznie nudne, ogólnie takie gry zespołowe do mnie nie przemawiają. Popłakałem się oglądając Narnię, kiedy zabili lwa. Jestem tutaj żeby pomóc wam w ochronie następcy tronu i fajnie by było gdybyście się trochę otworzyli, nie gryzę i podobno nie jestem taki zły po bliższym poznaniu- powiedziałem z uśmiechem,
-Ja płakałem na Zabójczej broni, przez chwilę miałem wrażenie, że Riggs ma ładniejsze włosy niż ja, ale spokojnie szybko się opamiętałem- powinienem się tego spodziewać, prawda? Musiałem zrobić komiczną minę, ponieważ Leon jak tylko na mnie spojrzał, przestał ukrywać rozbawienie słowami Gwaina i wybuchnął śmiechem, a zaraz za nim cała reszta oprócz Gwaina, który wydawał się być oburzony naszym rozbawieniem
-Ej on powiedział, że płakał na bajce, a wy nic, a kiedy ja podzieliłem się traumatycznym przeżyciem to taka rekacja? No wiecie co miałem was za przyjaciół- nikt nie zwrócił uwagi na Jego słowa, próbowaliśmy się uspokoić, myślę, że tego właśnie nam trzeba było.
-Przepraszamy Merlin, ta cała sytuacja była dla nas dużym zaskoczeniem. Fakt, że ktoś w ogóle strzelił w obecności Artura..może to głupie, ale się tego nie spodziewaliśmy. Czuliśmy się trochę winni, do tego Twoje nagłe pojawienie się, nie wiem jak reszta, ale ja to trochę odebrałem jakby król nam nie ufał- już otwierałem usta, żeby coś powiedzieć, jednak Leon mi przerwał- tak, wiem, że to nieprawda, po prostu wstrząsnęła nami ta cała sytuacja. Do tego Gwaine powiedział, że jesteś typem wojskowego i lubisz wszystkich trzymać sztywno, więc mieliśmy z Percivalem trochę inny obraz twojej osoby- Percival pokiwał głową jakby chciał potwierdzić słowa kolegi
-Rozumiem, ja też przyjechałem tutaj z trochę innym obrazem, ale mam nadzieję, że od teraz jakoś się do siebie przekonamy. Gwaine?
-Tak?
-Chcesz coś powiedzieć na temat mojego wojskowego podejścia?
-Nie- popatrzyłem na niego pytająco- no co, chciałem żebyś budził respekt, przecież Ci dwaj od razu weszliby Ci na głowę, a tak miałeś piękny start
-Gwaine nie mam do Ciebie siły
-E tam i tak mnie kochasz- pokiwałem tylko z uśmiechem głową- okey wróćmy do głównego wątku, to jak macie coś w zanadrzu co mogłoby się przydać?
-Radzę sobie z komputerami, jeżeli trzeba będzie się gdzieś włamać czy coś tego typu to możesz na mnie liczyć- spojrzałem zaskoczony na Leona
-To zdecydowanie może nam się przydać, ktoś coś jeszcze?
-Pewnie żartowałeś z tym mieczem samurajskim, ale w razie czego ćwiczyłem walkę ostrymi narzędziami- Percival wydawał mi się najbardziej zamknięty w sobie i wycofany, dlatego fakt, że się odezwał trochę mnie zaskoczył
-Super, choć mam nadzieję, że z tego nie będziemy musieli korzystać- Percival pokiwał ze zrozumieniem głową, delikatnie się uśmiechając.
Popatrzyłem na pozostałą dwójkę
-Zrobiłem kurs na pilota- próbowałem zamaskować uśmiechem poczucie winy, że dowiaduję się o tym dopiero teraz. Lancelot był moim najbliższym przyjacielem, a nawet Jego odepchnąłem- całkiem niedawno odebrałem licencję- dodał jakby wiedząc o czym myślę, uśmiechnąłem się delikatnie, czekając na to co doda Gwaine, jednak się nie doczekałem
-Gwaine?
-Tak?- popatrzyłem na niego znacząco- aaa no cóż jestem przerażająco przystojny, myślę, że mój wygląd zwali wroga z nóg- za co?
-Dobra przejdźmy lepiej do treningu
-Czy ja wiem, ja bym tam jeszcze porozmawiał o moim zabójczym..
-Biegamy- powiedziałem szybko, śmiejąc się z oburzonej miny swojego przyjaciela, chyba trochę za tym tęskniłem.

***

Gotowanie czy ogólnie pomaganie w kuchni zawsze pomagało mi się zrelaksować, jednak tym razem chciałem się czegoś dowiedzieć. Gwen zawsze była otwarta, można było z nią pogawędzić, pożartować, więc myślałem, że nie będzie ciężko dowiedzieć się czegoś o Merlinie. Niestety miliłem się, Gwen nie była w nastroju do rozmowy, a kiedy tylko usłyszała imię Merlin już całkowicie przestała się odzywać. Postanowiłem całkowicie skupić się na robieniu ciastek. Po dwóch godzinach mieliśmy wystarczająco dużo ciastek, zapakowaliśmy je do pudełek, które służba przeniosła do auta. Razem z Gwen wzięliśmy po jednym pudełku i ruszyliśmy w stronę sali treningowej, miałem nadzieję, że moi ochroniarze jeszcze żyją. Chłopaków spotkaliśmy po drodze, szli w naszym kierunku, o ile ich posuwanie się naprzód można nazwać chodzeniem, bardziej się wlekli. Gwaine, Lancelot, Leon i Percival, byli delikatnie pochyleni do przodu i dyszeli, wyglądało to tak jakby każdy ruch sprawiał im ból. Za nimi szedł Merlin, gdyby nie fakt, ze był spocony pomyślałbym, że nie trenował z nimi, szedł normalnie, coś do nich mówił, ale z tej odległości nie byłem w stanie usłyszeć co, Gwaine chyba coś mruknął w odpowiedzi, na co Emrys tylko się zaśmiał.
-I jak? Widzę, że trening się udał- powiedziałem kiedy razem z Gwen do nich podeszliśmy
-Odchodzę i żądam odszkodowania- Gwaine wysapał po czym oparł się na ramieniu Lancelota, który ewidentnie nie był na to przygotowani, obaj by się przewrócili, gdyby nie Emrys, który szybko ich podtrzymał. Gwen podeszła do swojego narzeczonego z troską wypisaną na twarzy.
-Już nie przesadzaj, to był pierwszy trening, po codziennych ćwiczeniach przywykniecie,
-Po codziennych ćwiczeniach? Merlin chyba nie mówisz poważnie- Leon spojrzał przerażony na mojego bodyguarda, no widzę, że nastąpiło chyba jakieś zbliżenie mojej ochrony ze swoim nowym szefem. Emrys tylko poklepał Leona po plecach i stanął obok mnie patrząc na moich skatowanych ochroniarzy.
-Przygotowaliśmy dla was trochę lodu- Gwen pocałowała Lancelota w policzek, ale na wiele się to nie zdało, dalej wyglądał jakby miał zaraz zemdleć
-No skończyliśmy trochę wcześniej, żeby mieli czas na odpoczynek, myślę, że możemy wyjechać za dwie godziny
-Ja potrzebuję zdecydowanie więcej niż dwie godziny Merls,
-Panie odpowiada Ci ten czas?- Emrys całkowicie zignorował słowa Gwaina
-Tak, nie ma problemu- ochroniarze patrzyli na Merlina jakby wyczekująco
-Dobra, już idźcie obłożyć się tym lodem- wszyscy odetchnęli z ulgą
-Pójdę z Wami- Gwen podała mi pudełko z ciastkami i wolnym krokiem ruszyła z ochroniarzami, Emrys jednak został obok mnie
-I jak im poszło?- sam siebie zaskoczyłem tym pytaniem, po stanie mojej ochrony chyba nie chcę znać na nie odpowiedzi,
-Brak kondycji, brak koordynacji ruchowej, brak spostrzegawczości, prawie same braki, ale nic czego nie jestem w stanie naprawić- no świetnie...Dobrze, że mnie dzisiaj nie wziął na tę salę, pewnie bym już nie żył.
-Ciasteczko?- Artur serio? Miałem ochotę kopnąć się za to pytanie. Jakoś stanie w korytarzu z Merlinem w milczeniu wydawało mi się po prostu niezręczne. Nie czekając na Jego odpowiedź, otworzyłem szybko pudełko, z delikatnym wahaniem wziął ciastko.
Starałem się nie patrzeć w Jego stronę kiedy jadł, jednak ciche westchnienie zwróciło moją uwagę
-Dobre, bardzo dobre- wypuściłem powietrze, nawet nie wiedząc, że je trzymałem. Czułem się dziwnie połechtany widząc, że Merlinowi smakują moje ciastka- naprawdę sam piekłeś?- a gdzie się podziało panie? Emrys jakby widząc moje zdziwienie dodał szybko- panie?
-No nie do końca sam, w kuchni jest sporo kucharzy, ale te akurat są mojego autorstwa- Emrys pokiwał z uznaniem głową, uważnie mi się przyglądając, a ja tylko czułem jak na moich policzkach pojawia się rumieniec. Co się ze mną dzieje? To pewnie przez te oczy, tak na pewno, jak można mieć tak niebieskie oczy? No i usta i..Artur weź się w garść, to Twój ochroniarz na miłość boską.
-Też pójdę do pokoju, chciałem jeszcze przed naszym wyjazdem przejrzeć akta- pokiwałem tylko głową, nie ufając swojemu głosowi, to chyba była nasza najnormalniejsza wymiana zdań, a ja nawet nie potrafiłem się skupić- mogę jeszcze?- dopiero po chwili dotarło do mnie o co mu chodzi
-Jasne, niech pan bierze i tak wyszło nam dzisiaj tego trochę za dużo- bez namysłu podałem mu całe pudełko, Jego usta dziwnie się wygięły, jeszcze nie uśmiech, ale już prawie,
-Na pewno? Przecież dzieci..
-Na pewno, do zobaczenia- zanim Emrys zdołał coś odpowiedzieć, byłem już na końcu korytarza. Czułem się dziwnie onieśmielony, widać było, że Merlin zaczął się zachowywać wobec mnie inaczej, jednak nadal wyczuwałem jakiś dystans.
I Jego wygląd nie pomagał, zdecydowanie nie pomagał, to nie była odpowiednia osoba na obiekt moich westchnień, ale na takie myśli chyba już za późno.
Wróciłem do pokoju, pudełko Gwen postanowiłem zanieść później, akurat dzwonił mój ojciec, żeby tylko powiedzieć mi, że mam się trzymać blisko mojego bodyguarda, czy nie powinno być przypadkiem na odwrót?
Ani się nie obejrzałem a już byliśmy w aucie i jechaliśmy do domu dziecka, nikt się nie odzywał, moi ochroniarze nadal dochodzili do siebie, a Merlin wyglądał przez okno jakby widział mijane ulice pierwszy raz w życiu. Postanowiłem nie przerywać ciszy, sam jakoś nie miałem ochoty na pogawędki, cieszyłem się, że w końcu wyszliśmy poza mury królestwa, odwiedzanie domu dziecka to była mój pomysł i uwielbiałem to robić. Nasze wizyty zawsze cieszyły dzieci, a mi pozwalały na chwilę zapomnieć kim jestem, owszem byłem dla nich księciem z telewizji, tylko starsze dzieci wiedziały co to znaczy, jednak mimo wszystko traktowały mnie normalnie. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, zauważyłem zmiany w zachowaniu moich ochroniarzy, wydawało się, że nawet wysiadanie z samochodu mieli zaplanowane, kiedy chciałem wysiąść, kiedy w aucie został Leon, który prowadził i Merlin, ten drugi mnie zatrzymał
-Najpierw wysiądzie Leon, panie, później ty, ja zaraz za Tobą- okey, nie wiem co za różnica, ale niech im będzie. Kiedy wysiadłem, okazało się, że Leon już był w drzwiach witając się z jedną z opiekunek dzieci, a reszty moich ochroniarzy nie było widać, Merlin był tuż za mną
-Gdzie s..
-Cały czas w pobliżu, panie- czułem się jakbym był jakimś świadkiem koronnym
-Chyba nie spodziewa się pan tutaj jakiegoś ataku?
-Nigdy nic nie wiadomo, panie- popatrzyłem na niego pytająco- nie, ataku się nie spodziewam, ale ostrożności nigdy za wiele- pokiwałem tylko głową, jakoś nie czułem się bardziej bezpiecznie, ktoś by mnie mógł zastrzelić chociażby z dachu i nawet Mer..zaraz skąd w ogóle wzięły się u mnie takie myśli? Eh obwiniam o to ojca, zaraz udzieli mi się Jego paranoja. Szybko wszedłem do budynku, dzieci były w czymś na kształt salonu, kiedy wszedłem wszyscy pokłonili mi się delikatnie, ale jak tylko się uśmiechnąłem, w moim kierunku ruszyła chmara małych istot, starałem się odpowiadać na każde pytanie, na szczęście po chwili przyszło wybawienie w postaci ciastek niesionych przez moich ochroniarzy, to na chwilę uciszyło wszystkie dzieci. Starałem się podejść do każdego i przez chwilę porozmawiać, moi ochroniarze również dołączali do różnych grupek i bawili się z dziećmi, Merlin jednak trzymał się trochę na uboczu, raz za kiedy się odezwał, ale starał się być blisko mnie. Rozglądnąłem się w poszukiwaniu znajomej twarzy, jednak bez wielkich nadziei, nigdy nie bawiła się z innymi, więc dlaczego miałoby się to nagle zmienić? Kiedy usłyszałem, jak Gwaine próbuje przekonać jakieś małe dziewczynki, że Jego włosy są o wiele ładniejsze od włosów Merlina, co było niestety całkiem w Jego stylu, przewróciłem tylko oczami, uznałem to za dobry moment, żeby się wymknąć. Moja ochrona wiedziała gdzie pójdę i na pewno powiedzą o tym Emrysowi. Szybko wszedłem na górę, do pokoju zabaw, w którym zazwyczaj znajdowała się tylko jedna osoba. Pięcioletnia dziewczynka, która trafiła do domu dziecka rok wcześniej, zapukałem cicho żeby jej nie przestraszyć i wszedłem. Kiedy drzwi się za mną zamknęły odwróciła się w moją stronę i wbiła we mnie smutne spojrzenie swoich zielonych oczu
-Cześć- uśmiechnąłem się delikatnie, powoli do niej podchodząc, kucnąłem obok jej krzesła tak że byłem z nią twarzą w twarz- co tam robisz?- popatrzyłem na pustą kartkę, którą miała przed sobą i kredkę, którą trzymała w ręce. Byłem zaskoczony, kiedy bez słowa położyła kredkę na stoliku i się do mnie przytuliła. Pamiętam jak na początku nie dawała się nikomu dotknąć, dlatego objąłem ją zaskoczony- hej, co się dzieje?- taka reakcja z jej strony trochę mnie przestraszyła,
-Nie było Cię- wyszeptała, jakby to wszystko wyjaśniało i szybko się ode mnie odsunęła,
-Wiem, przepraszam, ale dużo się ostatnio działo i..
-Ktoś do Ciebie strzelił- powiedziała cichutko biorąc kredkę do ręki i rysując jakieś kreski na kartce, zawsze tak robiła kiedy się denerwowała
-Tak, ale nikomu nic się nie stało- powiedziałem zaskoczony tym, że o tym wie, musiała gdzieś usłyszeć, zaczęła mocniej przyciskać kredkę do kartki- ej ej spokojnie, Mia ja..
-Myślałam, że mnie zostawiłeś- popatrzyła na mnie z takim bólem w oczach, że przez chwilę nie wiedziałem co powiedzieć. Mia była bardzo zamknięta w sobie, nikt nic nie wiedział o jej przeszłości, ale takie reakcje i jej odosobnienie mówiły same za siebie. Nawet nie chciałem sobie wyobrażać przez co musiało przejść to dziecko,
-Nigdy bym czegoś takiego nie zrobił, wiesz o tym prawda?- zapytałem z delikatnym wahaniem, jej mina powiedziała mi wszystko, wróciła do „rysowania”, westchnąłem cicho nie wiedząc co powiedzieć,
-Obiecujesz?- zapytałem tak cicho, że ledwo ją usłyszałem, spojrzałem na nią pytająco- że mnie nie zostawisz- powiedziała już pewniej, patrząc na mnie wyczekująco
-Ja..tak, obiecuję- cały czas na mnie patrzyła, jakby potrafiła odczytać z mojej twarzy czy mówię prawdę, czasem wydawało mi się, że naprawdę to potrafi. Po chwili jakby znalazła to czego szukała, wróciła do rysowania, nadal była niespokojna
-Dlaczego ktoś chciał cię zabić?- patrzyłem na nią zszokowany, jak na swój wiek była bardzo dojrzała, jednak razem z opiekunkami chcieliśmy to trochę hamować, czasem wydawało się, że Mia nie jest już dzieckiem, nie potrafiła czerpać przyjemności z zabawy, była poważna, tak naprawdę tylko w mojej obecności stawała się pięciolatką, ale teraz była poważna, zbyt poważna.
-Nie wiem- nie chciałem z nią o tym rozmawiać, widziałem jak ta cała sytuacja na nią wpłynęła, gdybym wiedział, zjawiłbym się u niej wcześniej- co tam rysujesz?- to pytanie jakby wyrwało ją z transu, popatrzyła na swoją kartkę, zmięła ją i rzuciła za siebie, gdzie jak się okazało była już pokaźna kupka zmiętych kartek.
-Pani dała nam za zadanie narysować nasze ulubione zwierzę, ale jakoś mi nie wychodzi- wzruszyła ramionami, jakby to nie było dla niej wielkie zaskoczenie,
-Pomóc ci?- pokiwała głową, na jej twarzy nareszcie pojawił się delikatny uśmiech.

***

 

Kątem oka widziałem jak Artur się wymyka, odczekałem chwilę i ruszyłem za nim. Stanąłem przed pomieszczeniem do którego wszedł, w drzwiach była mała szybka, przez którą widziałem wnętrze, Artur kucał obok małej dziewczynki, która po chwili go objęła, zastanawiałem się dlaczego nie jest na dole z innymi dziećmi. Obok mnie nagle pojawił się Lancelot,
-Kto to?
-Mia, trafiła tutaj rok temu, zapukała do drzwi i powiedziała, że jej mama kazała jej tutaj przyjść, powiedziała jak ma na imię, że nie ma nazwiska i przez kolejne pół roku milczała, nie dawała się nikomu dotknąć- spojrzałem zaskoczony na swojego przyjaciela, jak ktoś mógł tak porzucić swoje dziecko?- dopiero Artur jakoś do niej dotarł, przychodził do niej regularnie, to do niego pierwszy raz się odezwała, jemu pozwala się dotknąć, nie szuka kontaktu z innymi dziećmi, bawi się sama. Kiedy ktoś obcy wchodzi zamyka się, jest przestraszona- Lancelot pokiwał głową z niedowierzaniem- nikt nie wie przez co przeszła, ale musiało to być okropne. Nie było żadnych szans żeby dotrzeć do jej krewnych- jakby bez namysłu sięgnąłem po klamkę- Merlin, nie słyszałeś co przed chwilą powiedziałem? Lepiej żebyś tam nie wchodził,
-Słyszałem, ale chce ją poznać- powiedziałem po prostu, czułem, że powinienem to zrobić, zapukałem delikatnie i nie zwracając uwagi na protesty Lancelota, wszedłem do środka.
Artur popatrzył na mnie zaskoczony, sam byłem zaskoczony swoim zachowaniem, dopóki nie popatrzyła na mnie para smutnych, zielonych oczu. Nagle nie pragnąłem niczego więcej tylko żeby w tych oczach pojawiła się radość, jak tak małe dziecko może mieć w sobie taki smutek?
-Eeee Mia to jest Merlin, mój nowy ochroniarz, a raczej bodyguard, on ma zapobiec takim sytuacjom, jak ta, która miała miejsce ostatnio- Artur ostatnie słowa wypowiedział z wahaniem,
-Cześć- powiedziałem z uśmiechem, jednak wyraz oczu dziewczynki się nie zmienił, uważnie mnie obserwowała, czułem się jakby mnie testowała, ale nie to sprawiło, że pozwoliłem jej zobaczyć, coś co ukrywałem nawet przed przyjaciółmi, chciałem żeby zobaczyła, że nie jest sama, pozwoliłem mojej masce na chwilę spaść, usłyszałem westchnienie Artur
-Ma cię ochronić przed strzałami- Mia popatrzyła na Artura, który nie odrywał wzroku od moich oczu, na jej pytanie tylko pokiwał twierdząco głową- Zrobisz to? Nie pozwolisz żeby ktoś go zabił?- patrzyła na mnie z czymś jakby błaganie w oczach, to nie były oczy pięciolatki, to były oczy człowieka, który widział w życiu za dużo, to było odbicie moich oczu
-Zrobię wszystko co w mojej mocy- powiedziałem, wiedząc, że to prawda, z naszej bezsłownej komunikacji wyrwało nas chrząknięcie księcia
-Nie żeby to było potrzebne- popatrzył na mnie ponaglająco, jakby chciał mi przypomnieć, że rozmawiam z dzieckiem, Mia tylko prychnęła, wracając do tego co robiła wcześniej, podszedłem bliżej, zobaczyłem, że przed sobą ma kartkę, na której znajdował się jakiś dziwny kształt
-Rysujemy. Mam na zadanie narysować swoje ulubione zwierzę, Artur miał mi pomóc, ale okazało się, że ma podobne zdolności do moich- na te słowa książę się zaczerwienił, a ja ledwo powstrzymałem się od śmiechu
-A co chcesz narysować?- zapytałem, siadając obok Mii
-Moim ulubionym zwierzęciem jest pies, ale chciałam narysować konia- Artur patrzył na małą zaskoczony, chyba informacja o psie była dla niego nowością.
-Mogę pomóc?- Mia popatrzyła na mnie z powątpiewaniem
-Obiecuję, że mam większe zdolności od księcia,
-To chyba nie jest wielki wyczyn
-Ej ej ja tu dalej jestem- mimo oburzenia w głosie, Artur się uśmiechał.
Mia przesunęła nową kartkę w moją stronę, razem z kredkami
-Nie, nie, nie, to ty będziesz rysowała- popatrzyła na mnie zaskoczona- ja ci tylko pomogę- w jej oczach znowu pojawiło się powątpiewanie- mogę wziąć cię na kolana?- tego pytania na pewno się nie spodziewała, Artur również patrzył na mnie jakbym oszalał, no cóż było to śmiałe pytanie, szczególnie patrząc na nieśmiałość małej, jednak postanowiłem zaryzykować. Dziewczynka popatrzyła mi prosto w oczy, jakby w nich chciała znaleźć odpowiedź na pytanie czy może mi zaufać, uśmiechnąłem się delikatnie, dając jej czas, po chwili pokiwała głową, choć w jej oczach nadal widać było wahanie. Odsunąłem jej krzesło, tak żebym mógł ją podnieść i posadzić sobie na kolanach, kiedy ją dotknąłem zadrżała, Boże co jej ktoś zrobił? Szybko odepchnąłem od siebie niechciane obrazy
-Gdzie masz ołówek?- zanim zdążyła odpowiedzieć, zlokalizowałem pożądany przedmiot i podałem jej- dobra, najpierw wszystko naszkicujemy, okey?- pokiwała głową, złapałem rękę, w której trzymała ołówek- zamknij oczy, nachyliłem się delikatnie żeby sprawdzić czy zrobiła to o co prosiłem- wyobraź sobie gdzie będzie stał twój koń
-Na łące
-Co na niej będzie?
-Kwiaty, dużo kwiatów- zacząłem delikatnie poruszać jej ręką, szkicując różne kwiaty
-Czy coś oprócz nich?
-Może jakieś drzewo?
-Dobry pomysł- pochwaliłem- a jakie?
-Jabłoń?
-Super, a gdzie dokładnie będzie?
-Po prawej stronie, trochę w oddaleniu- przesunąłem trochę kartkę, żeby mieć lepsze dojście do prawej strony i zacząłem szkicować drzewo ręką Mii,
-Czy na drzewie jest dużo owoców?
-Tak, ale trochę też jest pod drzewem, jedno jabłko nawet poturlało się w stronę konika- uśmiechnąłem się pod nosem, próbując przelać jej wyobrażenia na papier,
-Dobrze, to teraz przejdźmy do konika, ma stać niedaleko jabłka?
-Tak, przecież poturlało się w jego stronę- zaśmiałem się cicho
-Racja, a jak konik wygląda?
-Jest młody i brązowy, ma długą grzywę i białą łatkę na pysku, pochyla się w stronę jabłka,
-Okey- starałem się jak najdokładniej naszkicować konia
-Czy ma na sobie siodło?
-Nie, jest wolny- powiedziała szybko, jakby obawiała się, że dorysuję siodło
-Rozumiem- chwilę rysowałem w milczeniu- czy jest coś na łące o czym jeszcze nie powiedziałaś?
-Hmmm może ptak? Leci w stronę jabłoni
-Jaki ptak?
-Nie wiem, jakiś mały, albo kilka małych ptaszków, jak..- chwilę się zawahała- jak rodzina ptaszków- wyszeptała, spojrzałem na Artura, który jakby nie mógł oderwać ode mnie wzroku, jakby był zahipnotyzowany, choć kiedy usłyszał słowa Mii, trochę posmutniał, uśmiechnąłem się do niego, to był mój pierwszy uśmiech w Jego kierunku, Jego mina była komiczna, ledwo mogłem powstrzymać się od śmiechu, wróciłem do rysowania. Jeszcze kilka małych poprawek i gotowe.
-Dobrze, widzisz tę łąkę w swojej głowie?- Mia tylko kiwnęła głową- to teraz otwórz oczy- pochyliłem się żeby zobaczyć jej reakcję. Kiedy jej wzrok spoczął na kartce, jej oczy się rozszerzyły, otworzyła usta ze zdziwienia
-Ja...ja tak właśnie ją widziałam, kwiaty, jabłoń i konik,
-Naprawdę?- miałem nadzieję, że uda mi się choć trochę pokazać to co sobie wyobraziła
-Tak, dziękuję- uśmiechnęła się, chyba najbardziej uroczym uśmiechem jaki w życiu widziałem, patrząc na kartkę,
-Nie ma za co, no teraz tylko trzeba pokolorować, ale to już zostawiam Tobie- nadal siedziała na moich kolanach, Artur, który usadowił się na podłodze, zaczął wstawać. Wbrew sobie byłem ciekawy co powie, miałem nadzieję, że mój rysunek go zaskoczy, tak jak mnie jego ciastka., których nawiasem mówiąc już nie było.
Książę patrzył na kartkę bez słowa, przyglądał się każdemu elementowi
-No tak to wygląda jak koń- wykrztusił po chwili, moje prychnięcie uprzedziło prychnięcie Mii
-Jak koń? To jest piękne- Mia nie kryła zachwytu, w jej oczach pojawiły się iskierki radości kiedy zaczęła dobierać kredki, nie mogłem powstrzymać uśmiechu, patrzyłem na zupełnie inną dziewczynkę niż ta, którą poznałem pół godziny wcześniej,
-Masz rację, jest piękne- Artur nie patrzył już na kartkę, a na mnie, nie byłem w stanie powstrzymać rumieńców, które pojawiły się na moich policzkach, to chyba zaszło trochę za daleko
-Dobrze Mia, teraz usiądę obok, okey?- mała oderwała się od kolorowania i popatrzyła mi prosto w oczy
-Masz śliczne oczy, wiesz o tym?- popatrzyłem na nią zaskoczony, czując jak moja twarz przybiera odcień czerwieni
-Eee nie, ale dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony- uśmiechnęła się delikatnie, okey to zdecydowanie zaszło za daleko...

***

 

To jak Merlin dotarł do Mii zrobiło na mnie ogromne wrażenie, teraz już wiem gdzie widziałem taki sam dziwny wyraz oczu jak u Emrysa. Przez chwilę czułem się jak intruz, miałem wrażenie, że porozumiewają się bez słów. Ale to, że pozwoliła mu się posadzić na kolanach, całkowicie mnie zszokowało, nawet mi nie pozwalała. Patrzyłem jak Emrys rysuje, ale nie mogłem oderwać wzroku od jego twarzy, był taki otwarty, uśmiechał się, jakby był w swoim żywiole. Oczywiście musiał mnie przyłapać na tej obserwacji, jednak zamiast zignorować czyli to czego się spodziewałem, on uśmiechnął się do mnie! Czułem się jakby ziemia się pode mną rozstąpiła, to wszystko działo się za szybko, poznałem go wczoraj, a dzisiaj mam wrażenie, że już coś do niego czuje. Artur nie bądź idiotom! To niemożliwe...Poczekałem aż Merlin skończy rysować, to co zobaczyłem na kartce przeszło moje wszelkie wyobrażenia, Emrys umiał rysować, nie jestem ekspertem, ale to naprawdę było piękne, z zafascynowaniem patrzyłem jak na do tej pory bladej twarzy mojego bodyguarda pojawia się rumieniec, który ja spowodowałem. Myślałem, że chłód Emrysa będzie problemem w naszej relacji, jednak okazało się, że to moje emocje będą największą przeszkodą. Posiedzieliśmy jeszcze chwile z Mią i ruszyliśmy z powrotem na dół.
-A więc umie pan rysować?- zapytałem chcąc przerwać ciszę i zagłuszyć swoje myśli
-Tak- no to sobie pogadaliśmy, dobrze, że niektóre rzeczy się nie zmieniają- moja mama jest malarką, kiedy byłem mały zawsze siadałem obok niej i starałem się kopiować to co ona akurat malowała, z czasem sam zacząłem wymyślać co chcę narysować i tak malowanie stało się moim hobby, pomagało mi się zrelaksować, dawno tego nie robiłem- słuchałem go z rosnącym zaciekawieniem, czy on właśnie podzielił się ze mną informacją o swoim życiu?- w sensie, dawno nie malowałem- dodał zerkając na mnie z ukosa- fajnie było do tego wrócić- pokiwałem głową ze zrozumieniem, odrywając od niego wzrok.
Szliśmy przez chwilę w milczeniu
-Przepraszam- spojrzałem na niego zaskoczony, z niemym pytaniem- za to jak pana traktowałem. Nie powinienem się tak zachowywać, chyba oceniłem pana zbyt powierzchownie.
-Nic się nie stało, ja pewnie też bym uwierzył w to co o mnie wypisują, mam nadzieję, że od teraz nasza współpraca będzie się lepiej układała i mam nadzieję, że zaaklimatyzuje się pan w królestwie- znów miałem ochotę się kopnąć, przeprasza mnie, a ja wyskakuje z takim formalnym czymś,
-Merlin- okey za dużo zaskoczenia na jeden dzień, Emrys zaśmiał się widząc moją minę- mam na imię Merlin, skończmy z tym pan- uśmiechnąłem się, no nareszcie jakieś konkrety
-Panie?- w naszą stronę szła jedna z opiekunek- przyszedł do ciebie list- podała mi kopertę, list do mnie? Tutaj? Zanim zdążyłem ją wziąć, ubiegł mnie Emrys
-Kto to przyniósł?
-Listonosz
-Ten sam co zawsze?
-Taak- gwałtowna reakcja Emrysa trochę przestraszyła kobietę, postanowiłem interweniować,
-Dziękuję- powiedziałem, kobieta popatrzyła na mnie, po czym z wahaniem się ukłoniła i odeszła.
Merlin w tym czasie zaczął otwierać kopertę na której naklejone było moje imię i nazwisko, oraz adres domu dziecka, trochę dziwne, zazwyczaj takie rzeczy pisze się ręcznie,
-Mam rozumieć, że już nie mogę dostać prywatnej korespondencji?- zapytałem zirytowany,
-Nigdy nie wiadomo co jest w środku,
-To tylko koperta- ignorując moje słowa, Emrys wyciągnął z niej złożoną na pół kartkę, po chwili mi ją podał.
Szybko przeczytałem wydrukowane słowa:

Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego,

Choćby przed tobą wszyscy się kłonili
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi że jeszcze dzień jeden przeżyli,

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta.
Możesz go zabić - narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy.

Lepszy dla ciebie byłby świat zimowy
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.*

 

Arturze czy jesteś gotowy na grę o swoje życie?

Merlin patrzył na mnie z niepokojem
-Wszystko w porządku?- bez słowa podałem mu kartkę.